Czytasz artykuł w trybie offline
Wątroba, grasica i inne piękności. Rozmowa z Pauliną Łopatniuk
Rembrandt, „Lekcja anatomii doktora Nicolaesa Tulpa”, 1632. Obraz przedstawia publiczną sekcję zwłok prowadzoną przez amsterdamskiego chirurga Nicolaesa Tulpa. Kolekcja Mauritshuis w Hadze. Domena publiczna.
Człowiek to nie toster: dwa ciała zbudowane według tego samego planu mogą się zaskakująco różnić. O pięknie narządów, anatomicznych osobliwościach i medycznych mitach rozmawiamy z Pauliną Łopatniuk, autorką książki „Dama z grasiczką. Zwykłe i niezwykłe historie medyczne oczami patolożki”
Academia: Dlaczego Wenus z Milo to sztuka, a dorodna śledziona – podroby?
Paulina Łopatniuk: Śledziona też w pewnym sensie może być sztuką. Inne podroby zresztą również. To my, dość arbitralnie i pod wpływem kultury, decydujemy, co uznamy za sztukę, a czego nie. Twarde granice między sztuką a niesztuką już dawno zaczęły się przecież zacierać. Kolejne nurty w malarstwie, muzyce czy literaturze budziły wszak wielkie dyskusje i oburzenie. Tak zwane malarstwo nowoczesne nadal oburza część ludzi, widzących w nim tylko bohomazy, wiele nurtów muzycznych dwudziestego wieku to dla niektórych niewarty uwagi hałas. Ostatecznie więc to od nas zależy, czy uznamy daną śledzionę za dzieło sztuki.
Dużo łatwiej pewnie przekroczyć tę kulturową granicę i dostrzec piękno czy artyzm zarówno w śledzionie, jak i w wątrobie, kiedy zejdziemy z poziomu podrobów oglądanych gołym okiem na poziom mikroskopowy i zobaczymy tworzące utkanie narządu barwne plamy i wzory.
Prowadzony przeze mnie blog i jego profil na Facebooku, „Patolodzy na klatce”, w dużej mierze opierają się właśnie na warstwie wizualnej. Ludzie niejednokrotnie, podziwiając zamieszczane tam fotografie, sami podsumowują: „Przecież to wygląda jak obraz”, „To byłby świetny wzór na ścianę albo tkaninę”, „Nosiłbym taki krawat”, „Powiesiłabym to nad kominkiem”.
Gdybyśmy chcieli wybrać jeden narząd pokazujący, jak piękne może być ludzkie ciało od środka, co by to było?
Wszystko może być ładne. To kwestia ujęcia, preferencji wizualnych, nawet koloru, którego szukamy. Jaki kolor cię interesuje?
Zwykle wybieram niebieski.
Z niebieskością w naturalnym, bez ingerencji z zewnątrz, ciele będzie trochę trudniej. Trzeba sięgnąć po mikroskopię i dodatkowe barwienia histochemiczne. Proponowałabym trójbarwne barwienie Massona, które oprócz standardowych różów daje także niebieskości. Bogate w kolagen tkanki łączne barwią się na błękitno, więc marskość wątroby z intensywnie niebieskimi smugami i pasmami kolagenowymi doskonale spełnia kryterium czegoś ładnego i niebieskiego. Jakieś inne kolory?
Może coś, co mniej kojarzy się ze zdrowym ciałem: zieleń.
O, zieleń w zdrowym ciele jak najbardziej znajdziemy. Pęcherzyk żółciowy jest magazynem żółci, którą uwalniamy do jelita cienkiego, kiedy jest potrzebna do trawienia, zwłaszcza tłustego posiłku. Za sprawą barwników żółciowych śluzówka zupełnie prawidłowego pęcherzyka może być zielonkawa, a czasem wręcz intensywnie zielona.
Dlaczego wybrała pani patomorfologię?
Ta decyzja dojrzewała dość długo. Przez sporą część studiów nie wiedziałam, czym chciałabym się w medycynie zajmować. Choć sama medycyna zawsze wydawała mi się bardzo interesująca, umiejętności miękkie, których znaczenie tak mocno się w niej podkreśla, nie są do końca moją mocną stroną. Na wcześniejszym etapie edukacji całkiem realnie brałam zresztą pod uwagę nie medycynę, a biologię.
Patomorfologia jest dziedziną bardzo ciekawą, a dla diagnostyki i leczenia często kluczową, w mniejszym jednak stopniu wymaga bezpośredniego kontaktu z chorymi i wspomnianych kompetencji miękkich. Jednocześnie pozwala obcować z czymś z pogranicza sztuki – atrakcyjnym wizualnie i mogącym dawać wiele czysto estetycznej przyjemności. Ostateczną decyzję o wyborze specjalizacji podjęłam późno, już podczas stażu, ale okazała się strzałem w dziesiątkę.
Patomorfologia jest też, jak czasem żartuję, najbardziej holistyczną dziedziną medycyny. Pracujemy potencjalnie z każdym kawałkiem człowieka: od stóp do głów, od skóry po najgłębsze warstwy i struktury, przyglądając im się w największych niekiedy powiększeniach. W niektórych działach i tematach schodzimy nawet na poziom mikroskopii elektronowej. Przypatrujemy się człowiekowi nie tylko od narodzin do śmierci, ale badamy także materiały płodowe, czy – na drugim krańcu – ciało już po zgonie.
Skąd potrzeba dzielenia się tą wiedzą z ludźmi spoza medycyny?
Dosyć szybko zauważyłam, że do wielu informacji trudno dotrzeć, jeśli nie siedzi się głęboko w danym temacie, nie zna odpowiednich źródeł i nie ma podstaw potrzebnych do ich zrozumienia. Jednocześnie widziałam, że – wbrew pozorom – te zagadnienia często ludzi naprawdę interesują. Ta obserwacja sięga jeszcze czasów “starego” internetu, sprzed 20–25 lat, sprzed rozpowszechnienia mediów społecznościowych, kiedy żywo udzielałam się na forach dyskusyjnych. Wiele dyskusji i sporów dotyczyło różnorakich kwestii okołomedycznych i okazało się, że ludzie łaknęli tej wiedzy i bardzo chętnie słuchali, gdy ktoś tłumaczył im niszowe czasem szczegóły czy mechanizmy. Jeszcze chętniej oglądali, jeśli dostarczyło im się ilustracje i wyjaśniło, co właściwie na nich widzą. Obraz, zwłaszcza dobrze opisany, potrafi czasem zastąpić wiele tłumaczeń i rozjaśnić wiele wątpliwości.
Okazało się też – to dość banalne stwierdzenie – że sprawia mi przyjemność, kiedy ludzie z zainteresowaniem słuchają moich opowieści. To naprawdę ciekawe historie, tylko większość osób ich nie zna, bo nikt wcześniej im ich nie opowiedział. Często nikomu w tzw. mejnstrimie medialnym nie przyszło do głowy, że podobne kwestie mogą wzbudzić zainteresowanie szerszej publiczności.
Wreszcie brakowało mi również przystępnych materiałów, które można by podsuwać podczas dyskusji dotyczących medycyny. Kiedy chcemy coś wyjaśnić, wskazać błąd albo przeciwnie – pokazać prawidłowe rozwiązanie – dobrze jest móc odesłać rozmówcę do rzetelnego źródła. Tu często zderzamy się ze ścianą. Materiały są po angielsku, napisane hermetycznym językiem i nierzadko bardzo niszowe. Nawet świetnie wykształcona osoba, dobrze znająca angielski, może niewiele zrozumieć bez znajomości specjalistycznego słownictwa i kontekstów. Do tego dostęp do literatury fachowej często jest płatny.
Potrzebny wydał mi się więc materiał pośredni: rzetelny naukowo, ale napisany tak, by dało się go zrozumieć bez przedzierania się przez hermetyczne publikacje. W pewnym momencie – trochę z irytacji – sama zaczęłam takie materiały tworzyć.
Gdyby każdy otrzymywał instrukcję obsługi własnego organizmu, bylibyśmy zdrowsi i mniej podatni na szarlatanów?
Taki obraz bywa złudny. Kiedy mówimy: „Dostajesz biologiczną maszynkę, którą należy obsługiwać w określony sposób”, wszystko wydaje się proste. Przesuniesz dźwignię – zacznie działać. Naciśniesz guzik – zadziała inaczej. Gdy przechodzimy do szczegółów, okazuje się, że ta maszynka jest niezwykle skomplikowana. Co więcej, niby istnieje jeden ogólny plan jej działania, ale człowiek to nie toster. Dwa tostery tej samej marki i z tej samej serii będą miały w środku to samo. Kiedy zajrzymy do wnętrza drugiego człowieka, teoretycznie podobnej „marki” i zbliżonej „serii produkcyjnej”, może się okazać, że wcale nie znajdziemy dokładnie tego samego.
To jedna z idei przyświecających „Damie z grasiczką”. Chciałam nie tylko opisać niezwykłe choroby czy dawne kolekcje anatomiczne, lecz także pokazać, że człowiek – pozornie proste i przewidywalne urządzenie, o stałym mniej więcej planie budowy – nawet w granicach prawidłowego funkcjonowania może wyglądać bardzo różnie.
Większość z nas ma jedną śledzionę i u większości leży ona mniej więcej w tym samym miejscu. Kiedy jednak zaczniemy przyglądać się poszczególnym ludziom, okaże się, że nawet jedna trzecia może mieć co najmniej jedną dodatkową śledzionę. Niektórzy mają ich kilka, a w skrajnych przypadkach opisywano nawet kilkadziesiąt.
Albo kości. Na spotkaniach autorskich czy wykładach lubię zadawać pytanie: ile właściwie mamy kości? Wiele osób podaje podręcznikową liczbę. Tyle że odpowiedź wcale nie jest taka prosta. Obok podstawowego zestawu kości, które mniej więcej wszyscy mamy w tych samych miejscach, są jeszcze przecież trzeszczki, nazywane – z łaciny – kośćmi sezamkowymi. Możemy mieć ich bardzo różną liczbę i to w bardzo różnych miejscach. U jednej osoby znajdziemy trzeszczek kilkanaście, u innej – ponad czterdzieści.
To takie drobne zazwyczaj kostki powstające na przebiegu ścięgien i więzadeł, niepołączone stawowo z innymi kośćmi.. Długo uważano je za trochę niepotrzebne, okazuje się jednak, że pełnią istotną pomocniczą funkcję w aparacie ruchu, działając jak dodatkowe bloczki, stabilizując całość, wspomagając pobliskie stawy. Jedyną w miarę stałą trzeszczką jest rzepka. Niby wszyscy ją kojarzą, mało kto jednak zauważa, że nie jest taką zwyczajną kością szkieletu. Jeśli wyprostujemy rozluźnioną nogę i spróbujemy nią poruszyć, okaże się, że bez trudu możemy ją przesunąć w górę i w dół. Nie pozostaje w stałym połączeniu stawowym, lecz leży w obrębie ścięgna mięśnia czworogłowego uda. Zresztą nawet rzepkę nie wszyscy mają, choć jej brak zaliczymy już do patologii – może powodować poważne zaburzenie funkcji kończyny.
Istnieje natomiast cała masa drobnych odmienności anatomicznych, które nie są patologiami, nie upośledzają fizjologii i w żaden sposób nie przeszkadzają w funkcjonowaniu. Tworzą szerokie spektrum różnic osobniczych. Nasza maszynka działa według pewnych ogólnych reguł, ale nie zawsze jest taka sama i nie zawsze wystarczy nacisnąć odpowiedni guzik, żeby ją naprawić. Trochę jak w słynnym określeniu statusu związku na Facebooku: „to skomplikowane”.
Który narząd ma zbyt dobry PR, a który pozostaje niedoceniany? Ja na przykład jeżę się, kiedy słyszę, że jelita są nazywane „drugim mózgiem”.
Kolejne mody i kolejne fale zainteresowania mogą dotyczyć różnych narządów. Jelita i mikrobiom jelitowy rzeczywiście są obecnie bardzo rozreklamowane. Modne stało się szukanie w nich źródeł dowolnych niemal problemów zdrowotnych. To oczywiście uproszczenie. Owszem, jelita są ważne. Ważne jest także to, co w nich mieszka, i w jaki sposób wpływa na ich działanie, ważna jest zachodząca w jelitach aktywność hormonalna i neuronalna oraz ich powiązania z resztą organizmu. Tyle że tak naprawdę wszystko, co mamy w środku, jest w mniejszym lub większym stopniu ze sobą połączone.
Dziś mówimy, że jelita są drugim mózgiem, ale przecież historycznie bardzo długo za centrum uczuć, a do pewnego stopnia także myślenia, uważano serce, w pewnych kulturach z kolei tę rolę przypisywano wątrobie. Najbardziej przereklamowana jest więc chyba sama koncepcja jednego kluczowego narządu (no może poza mózgiem).
Trudno natomiast wskazać narząd najbardziej niedoceniany. Jest ich wiele, a zależnie od środowiska ta sama struktura może być albo przesadnie wychwalana, albo zupełnie ignorowana. Dobrym przykładem jest grasica, której „Dama z grasiczką” zawdzięcza tytuł. Często w ogóle się o niej nie pamięta. Wszyscy wiedzą jedynie, że zasadniczo już jej nie mamy, co do pewnego stopnia jest prawdą. Grasica odgrywa kluczową rolę w rozwoju układu odpornościowego, szkoląc limfocyty T, ale wraz z dojrzewaniem zaczyna zanikać, ponieważ podstawowe szkolenie tych komórek w dużej mierze dobiegło końca. Nie znika jednak całkowicie. Zazwyczaj pozostają drobne skupiska tkanki, dostrzegalne zwykle jedynie pod mikroskopem, które jednak – jak pokazują współczesne badania – nadal mogą mieć pewne znaczenie medyczne.
Z drugiej strony w kręgach tak zwanej medycyny alternatywnej nierzadko przypisuje się grasicy niemal cudowne właściwości. Znajoma uczestniczyła w szkoleniu, podczas którego prowadząca zajęcia psycholożka zalecała uczestniczącym regularne opukiwanie tej nieszczęsnej grasicy, które miało mieć kolosalny wpływ na odporność, zdrowie i ogólny dobrostan. Tymczasem (abstrahując już od samego pomysłu opukiwania czegokolwiek) dorośli zasadniczo nie mają już czego opukiwać – chyba że liczymy niewidoczne gołym okiem grupki limfocytów ukryte w tkance tłuszczowej.
Podobnie jest z szyszynką, którą w różnych zakątkach internetu nazywa się „trzecim okiem” i zaleca się ją sobie „otwierać”. Właściwie wystarczy wybrać dowolny narząd, a zapewne znajdzie się jakiś mit medyczny, który wokół niego narósł.
Dla kogo jest „Dama z grasiczką”?
Dla wszystkich zainteresowanych tym, jak niezwykłe potrafi być nasze ciało – i nie tylko nasze, bo od czasu do czasu pozwalam sobie również na niewielkie wycieczki do świata innych zwierząt – w poprzedniej książce pisałam o złuszczającym się naskórku humbaków, w “Damie” pojawiają się dodatkowe śledziony waleni czy szósty palec pandy. To książka dla osób, którym nie przeszkadza, że opowieść nie zawsze prowadzi prostą drogą od jednoznacznego „tak” do równie jednoznacznego „nie”.
W naukach biomedycznych znacznie bardziej od prostych opowieści interesuje mnie to, jak płynna potrafi być biologiczna rzeczywistość, jak bardzo meandruje i ile bocznych dróg i ścieżek odchodzi od utartego szlaku. Kiedy przyjrzymy się im bliżej, mogą zaprowadzić nas w zupełnie nieoczekiwane miejsca. W biologii trudno wszystko poszufladkować, a rzeczy pozornie zwyczajne często okazują się zaskakująco skomplikowane.
Paulina Łopatniuk – lekarka, specjalistka patomorfologii, popularyzatorka nauki i absolwentka Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Od 2015 roku prowadzi blog oraz profil „Patolodzy na klatce”. Laureatka konkursu Popularyzator Nauki w kategorii Media. Autorka książek „Patolodzy. Panie doktorze, czy to rak?”, „Na własnej skórze. Mała książka o wielkim narządzie” oraz „Dama z grasiczką. Zwykłe i niezwykłe historie medyczne oczami patolożki”.
Poniżej zamieszczamy fragment książki „Dama z grasiczką. Zwykłe i niezwykłe historie medyczne oczami patolożki” wydanej przez Wydawnictwo Poznańskie.

To skomplikowane
„W świecie żyjątków nic prócz wyjątków.”
Frederic Ogden Nash, przeł. Stanisław Barańczak
— Mamy dla Pana dwie wiadomości. Pierwsza: ma Pan macicę!
— Fajnie, tak nietypowo!
— A ta macica ma raka!
— Noż kur…
Filip Skowronek, prywatna konwersacja na Facebooku, cytat za jego zgodą
Lubimy szufladkować, klasyfikować, wytyczać granice i potem ich pilnować. Nie tylko na grodzonych osiedlach, nie tylko zasiekami i murami granicznymi, nie tylko palcem na mapie. Czujemy się bezpieczniej w świecie uporządkowanym za pomocą nazw i definicji, uszeregowanym, „odpowiednio” posegregowanym. „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie” (Mt 5, 37) — głosi święta księga jednej z największych współczesnych religii i trochę nie dziwi takie stawianie rzeczy — łatwiej wszak poruszać się pośród rzeczywistości o ostrych, wyraźnych konturach, dzięki którym od razu wiadomo: to jest dobre, tamto złe, to jest zdrowe, to chore, to jest norma, a to zaburzenie i odstępstwo. Życie od razu wydaje się prostsze, nieprawdaż? Tak też najchętniej tłumaczymy sobie świat, również świat nauki, zwłaszcza na poziomie podstawowej edukacji — dość zajrzeć do podręczników. Klarowne zestawy reguł, eleganckie wyliczanki, wygodne serie przykładów. Od — do. Tu masz, osobo, tabelkę, tu kryteria, tu definicję. Wszystko zaczyna się komplikować, gdy sięgamy głębiej — im głębiej, tym bardziej.
I nagle okazuje się, że spora część świata, gdy mu się baczniej przyjrzeć, wcale nie chce się mieścić w twardo ustawionych limitach, zerojedynkowość się gubi, gdy podejdziemy zbyt blisko. Pojawiają się problemy z rozdzielczością, twarde formy rozmywają się, sztywne definicje puchną, brzękną, rozdymają się pod wpływem wyjątków, które uparcie nie chcą potwierdzać reguł. Stadia, z lubością wyszczególniane kolejne piętra, twardo wydzielone pojęcia i zjawiska rozłażą się poza wydzielone szuflady niczym mole po kolejnych półkach w spiżarni czy bieliźniarce. Coraz więcej rzeczy okazuje się tworzyć tak naprawdę spektrum porozcinane naszymi regułkami, może nie zaraz arbitralnie, ale jednak wcale nie aż tak „naturalnie”, jak by się z daleka wydawało. Wyjątki od reguł i warianty normy zaczynają rozchwiewać ustalone standardy i budzą niezręczne pytania o to, czym jest norma, gdzie zaczyna się to, a gdzie kończy tamto. I dlaczego właściwie właśnie tam. Rzeczywistość woli się kształtować jako spektrum, kontinuum możliwości, nie zważa na nasze potrzeby ani wygodę. To nie do końca współgra z naszymi przyzwyczajeniami. Ze świata rozmytych granic i nieostrych obrysów, w którym nietrudno poczuć się niczym ofiara krótkowzroczności pozbawiona okularów, chętnie uciekamy z powrotem do naszych ustalonych norm i kategorii, do „tak, tak; nie, nie”, do małej biblioteczki ze szkolnymi podręcznikami, w których wszystko wydawało się prostsze.
Nie, spokojnie, to nie znaczy oczywiście, że nasze definicje i podziały nie mają sensu, nie znaczy też, że nie ma rzeczy prostszych czy zerojedynkowych. Tego nie twierdzę. Po prostu rzeczywistość, także ta biomedyczna, gdy odrobinę poskrobać elegancko polukrowaną nam przed podaniem w szkolnych książkach czy podręcznikach powierzchnię, zwykle okazuje się nieco bardziej skomplikowana. Nasze podziały i reguły niekoniecznie są błędne, zwykle nie są też wcale niepotrzebne, zazwyczaj jednak zawierają niemałą porcję arbitralności — każde „od — do” bazuje na przyjętych przez kogoś z jakichś względów kryteriach i nieuchronnie wiąże się z pewną dozą umowności. Na pewno istniały powody, dla których postanowiono, że X zaliczymy do zbioru A, a Y przełożymy jednak do szuflady obok, jakieś ważkie przyczyny spowodowały, że daną strukturę opisujemy jako wadę wrodzoną, a inną jedynie jako wariant anatomiczny, że ten twór w raporcie histopatologicznym zostanie określony mianem raka, a tamten jeszcze przyjmie nazwę nowotworu o nieznanym potencjale złośliwości.
Jasne, nazwy i klasyfikacje są ważne. Ale nie ze względu na jakąś wewnętrzną wartość samą w sobie. Są istotne, bo pomagają nam się komunikować, konstytuują wspólny język, pozwalają podejmować różnego ciężaru decyzje, na pewnym — nieco może abstrakcyjnym poziomie — współtworzą naszą wizję świata w większym może nawet stopniu, niż tak naprawdę ze struktury tego świata wynikają. Choćby z tego ostatniego względu warto czasami przyjrzeć się bliżej. A tak naprawdę, to przede wszystkim warto, bo to zwyczajnie ciekawe. Zawsze fajnie jest rozumieć trochę więcej i trochę bardziej.
Choć, owszem, bywa to trudne i niewygodne, zwłaszcza gdy nagle ni stąd, ni zowąd ktoś każe nam się konfrontować z pojęciami — wydawałoby się — oczywistymi. Rak to przecież rak, prawda? Płcie są dwie, wszystkich w końcu w szkole uczono o chromosomach. Wada to wada. Nerki mamy dwie, wątrobę i śledzionę jedną, a macicę — jedną albo wcale, zależnie od zestawu chromosomów. Czerniak nie może tak sobie po prostu zniknąć, chyba że zaczynamy wchodzić w sferę magii lub religii, a tego wszak nie planujemy. A nowotwory łagodne nie naciekają. Ha. Niby tak, ale jednak niezupełnie. A przynajmniej nie do końca.
Zwłaszcza w patologii nietrudno zderzyć się z wyjątkami od prostych reguł, z szarymi strefami, z niepewnością diagnostyczną. Nasza dziedzina pełna jest niespodzianek, tak jak pełne niespodzianek są choroby, którymi się zajmujemy. Jasne, zazwyczaj posługujemy się pewnymi skrótami myślowymi, listami objawów i cech charakterystycznych, definicjami i tabelkami, szczególnie gdy porozumiewamy się ze światem zewnętrznym, z drugą stroną biurka, z ludźmi spoza naszego patologicznego czy wręcz medycznego światka. Jednak im więcej wiemy, im dłużej pracujemy, tym częściej napotykamy różnorakie ciekawostki, które zaburzają te łatwe do przedstawienia komuś z zewnątrz granice i reguły. Nie, nie burzą one nijak naszej ogólnej wiedzy medycznej czy patomorfologicznej, wręcz przeciwnie — wzbogacają ją, pozwalają sprawniej poruszać się pośród meandrów patologii. Dzięki ich znajomości rozwijamy się i nie trwamy w stuporze w obliczu kolejnej zmiany wymykającej się ustanowionym dotąd standardom, a umiemy wpasować ją w pewne zgrubne przynajmniej definicje i standardy, mimo iż jej natura nie jest tak gładka i ułożona, jak wynikałoby z podręcznika dla początkujących czy z czytanki dla laików i laiczek.
Najpierw w szkole wszystko wydaje się jasne i oczywiste, prawda? Ale potem dorastamy i rzeczy jak na złość stają się skomplikowane.
Weźmy takie nowotwory. Niby prosta piłka. Te złośliwe naciekają okoliczne tkanki, dokonują inwazji na naczynia i nerwy, wreszcie — przerzutują i zabijają (nie zawsze oczywiście, mają jednak taki potencjał, zwłaszcza gdy pozostawić je bez leczenia). Te łagodne rosną, owszem, nie naciekając jednakowoż (mówi się raczej o rozprężającym, „rozpychającym się” typie wzrostu), nie wgryzają się do wnętrza naczyń krwionośnych czy nerwów, no i nie przerzutują, bo przecież są łagodne. Nie zabiją swoich właścicieli ani właścicielek, prawda? Otóż niezupełnie. Och, nie zrozumcie mnie źle — nowotwory łagodne zazwyczaj takich rzeczy nie robią. To repertuar typowy dla guzów złośliwych, definicyjny nieomal. Ale czasem można się natknąć na niespodzianki. Pewne zmiany — choć łagodne — potrafią w niektórych sytuacjach i naciekać, i wnikać do światła naczyń krwionośnych, a nawet, o zgrozo, przerzutować. A żeby zabić kogoś, tak naprawdę nie potrzeba nowotworu w ogóle (serio, wystarczy patelnia), jeśli więc zmiana łagodna urośnie na tyle pechowo, że zacznie uciskać i uszkadzać jakieś istotne dla życia rejony człowieka, nie będzie niczym zaskakującym, że może uszkodzić kogoś nader poważnie, choćby i ze skutkiem śmiertelnym.
Jednak czasami nawet łagodne nominalnie nowotwory zachowują się, hm… ekscentrycznie, w sposób odbiegający od standardów i oczekiwań. Takim sztandarowym przykładem łagodnych nowotworów zachowujących się w sposób podejrzany i cokolwiek niestosowny jest onkocytoma. Pewnie mało kto zna tę nazwę, to nieszczególnie zaskakująca adaptacja łacińskiego słowa oncocytoma, wywiedzionego z kolei z historycznych opisów dużych, opuchniętych jakby — tu wkracza grecki rdzeń wywodzący się z to właśnie oznaczającego słowa onkoustha — komórek bogatych w wytwarzające energię mitochondria; na tyle charakterystycznie w nie bogatych, że rozważano swego czasu w literaturze nazwę mitochondrioma jako alternatywę. Nie jest to wcale zmiana rzadka, literatura podaje, że tego typu guzy stanowią 5–7% guzów rozwijających się z komórek nerkowych, przy czym u większości chorych nie wywołuje żadnych dolegliwości.
Nawet u trzech czwartych szczęśliwych posiadaczy (i posiadaczek, choć ten akurat nowotwór częściej rozwija się u mężczyzn), powiększająca się zmiana nie daje żadnych objawów, rośnie sobie tylko powolutku i od czasu do czasu osiąga naprawdę imponujące rozmiary — zdarzają się przypadki znacząco większe od narządu, w którym powstały, a za największy udokumentowany uchodzi dwudziestosiedmiocentymetrowy, ważący 4652 g okaz opisany w 1988 roku w „Journal of Computer Assisted Tomography”.
Polecane:
-
Dlaczego się rumienimy? Biologia zakłopotania Przejdź do publikacji: Dlaczego się rumienimy? Biologia zakłopotania
-
Artykuł
Giganci sprzed stu tysięcy lat wracają do Warszawy Przejdź do publikacji: Giganci sprzed stu tysięcy lat wracają do Warszawy
-
Artykuł
Anatomia powrotu. Dlaczego natura wciąż powtarza ten sam eksperyment? Przejdź do publikacji: Anatomia powrotu. Dlaczego natura wciąż powtarza ten sam eksperyment?
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Awatary zmarłych i nowe obietnice nieśmiertelności
Awatary zmarłych i nowe obietnice nieśmiertelności Przejdź do publikacji: Awatary zmarłych i nowe obietnice nieśmiertelności
Przejdź do publikacji: Historia jednego domu. O wysiedleniach bez uproszczeń
Historia jednego domu. O wysiedleniach bez uproszczeń Przejdź do publikacji: Historia jednego domu. O wysiedleniach bez uproszczeń
Przejdź do publikacji: Jak mówić o wspólnocie, która nie mieści się w granicach kraju ani epoki