Czy często zdarza ci się mówić, że musiałaś coś zrobić? Czy przy podejmowaniu decyzji, metaforycznie mówiąc, puszczasz kierownicę, zdając się na los, opatrzność, przeznaczenie? Czy choć raz w życiu postąpiłaś w jakiś sposób nie dlatego, że naprawdę tak świadomie wybrałaś, ale dlatego, że podążyłaś za tłumem, zachowałaś się konformistycznie, poszłaś na skróty? Czy po pokonaniu zakrętów i ślepych zaułków w labiryncie życiowych wyborów sama z własnej woli zrezygnowałaś z wolności, poddając się tym zasadom, zestawom ideologii, ludziom, którzy akurat w danej chwili wydali ci się najbardziej przekonujący?
Jeśli choć na jedno z tych pytań odpowiedziałaś „tak”, to znaczy, że wiesz, na czym w najgłębszym
egzystencjalnym sensie polega utrata autentyczności. Pojawia się ona dokładnie wtedy, kiedy zaczynam zakłamywać prawdę własnej wolności, oszukując świat i siebie, że coś muszę. Tymczasem prawda jest taka, że w większości życiowych sytuacji o wiele łatwiej jest musieć, niż móc. Paradoks? Pozwól więc, że wyjaśnię.
W filozofii egzystencji, czasem przez niektórych nazywanej również egzystencjalizmem, wolność stanowi jedną z najważniejszych kategorii umożliwiających sensowny opis ludzkiego bytu. Od razu na wstępie wikła się ona jednakże w spór – albo może lepiej napisać: w napięcie – z koniecznością, w którą ten byt jest z zasady wplątany, ponieważ nieuchronnie podlega temporalnemu ograniczeniu. Innymi słowy, człowiek jest poddany konieczności jako istota śmiertelna i to właśnie śmierć stanowi niezależnie od ludzkiej woli ostateczny punkt odniesienia. Można tutaj przywołać Kantowską koncepcję pogodzenia w podmiocie dwóch porządków: wolności intelektu oraz konieczności przyrody i nieustannego napięcia między wyborem (i tym, co można wybrać) a prawem (szczególnie prawem moralnym). Nie chciałabym jednak oddalać się za bardzo od rozwiązań proponowanych przez filozofów egzystencji, których sposób opisywania wolności jest bardzo silnie powiązany z kategorią autentyczności.
W tekście Filozofia egzystencji i porażka egzystencji, stanowiącym jeden z dwóch wstępów do antologii Filozofia egzystencji, Leszek Kołakowski pisał: „Powiedzenie: »Jestem swoją wolnością«, nie oznacza bynajmniej, że mamy powody, aby w przedmiotowo rozważanym empirycznym ludzkim podmiocie psychologicznym dopatrywać się szczelin zagadkowych lub marginesów umykających prawu” (Filozofia egzystencjalna. Wybrane teksty z historii filozofii, red. L. Kołakowski i K. Pomian, Warszawa 1965, s. 17). Wolność nie jest tu bowiem tożsama z anomią czy samowolą. Nie jest łamaniem zasad ani też kategorią z dziedziny psychologii, czyli subiektywnym, psychicznym odczuciem wolności. Jest za to „sytuacją niezbywalną bytu, ukonstytuowanego przez owo zwracanie się ku sobie właśnie” (tamże, s. 19).
Autentyczność byłaby w tym rozumieniu autoreferencją, czyli nieustannym ruchem poszukiwania w sobie samej podstaw wszelkich działań i decyzji. Świadomość śmierci jest tu kwestią kluczową i jako taka nie może być zakłamywana – ani w swojej ostateczności, ani w swojej grozie. Nie mamy ucieczki przed wewnętrznie sprzeczną sytuacją, w której jedynym nieusuwalnym elementem życia jest jego absolutne przeciwieństwo. Stawia to człowieka w nieustannej ambiwalencji radykalnej niezgody i pokornej akceptacji. Wedle Sørena Kierkegaarda powodem, dla którego popadamy w nieautentyczność, jest lęk przed śmiercią, który sprawia, że podejmujemy skazane w przeważającej mierze na niepowodzenie próby wtłoczenia porządku boskiej, transcendentnej nieskończoności w indywidualną, ludzką skończoność. Próby takie są skazane na niepowodzenie, niosąc w sobie charakterystyczny dla religii absurd, możliwy do przyjęcia tylko pod warunkiem, że podmiotowi uda się wykroczyć poza jego ograniczenia i skoczyć w wiarę. Wymaga to jednak zawieszenia, a może nawet – jakkolwiek strasznie by to brzmiało – odrzucenia etyki. Autentyczna egzystencja religijna, będąc bowiem darem i wyzwaniem, jednocześnie jest przede wszystkim łaską i nie stosują się do niej żadne spośród celowościowych struktur racjonalności.
Rycerzy wiary nie spotyka się jednak często. O wiele częściej spotyka się osoby, które trwonią relacje z samymi sobą na zakłamywanie własnej egzystencji. Dzieje się tak dlatego, że boimy się nieskończoności, otchłani, w którą nikomu nie jest przyjemnie zaglądać. Wedle Kierkegaarda czy Jaspersa w wieczności istnieje Bóg, a transcendencja jest tym, co umożliwia zniesienie absurdu egzystencji. Ale według Jeana-Paula Sartre’a nieautentyczne jest samo założenie możliwości nieśmiertelności duszy. Bo takie założenie wystarczy, żeby unieważnić nasze tu i teraz, zdjąć ciężar z naszej wolności, która przecież oprócz swojej pozytywności, manifestującej się jako „wolność do”, posiada również negatywność, czyli „wolność od”. Ponadto rewersem wolności jest odpowiedzialność, której w doraźności doświadczenia (również moralnego) nie zdejmuje ze mnie tak naprawdę żadna siła wyższa. Autentyczność byłaby w tym kontekście cnotą uświadomienia sobie możności dokonywania nieuwarunkowanych wyborów.
Nic nie musisz, nie ma losu, nie ma racji – jesteś ty. I nikt lepiej od ciebie nie umie się w tym labiryncie odnaleźć.

HTTP://NATASZAMIRAK.PL/
Tymczasem prawda jest taka, że w większości życiowych sytuacji o wiele łatwiej jest musieć, niż móc. Paradoks?