Czytasz artykuł w trybie offline

Dr Bagniewska: To my, ssaki, jesteśmy nudną grupą zwierząt

Odrastające kończyny, zmiana płci, rozmnażanie bez zapłodnienia. W świecie zwierząt można znaleźć sposoby na życie, które trudno sobie wyobrazić, obserwując wyłącznie ssaki. Dr Joanna Bagniewska, autorka „Bestiariusza naszych czasów”, opowiada o tym, czemu warto przyjrzeć się mniej znanym gatunkom

Academia: Patrząc na zwierzęta opisane w pani książce, można odnieść wrażenie, że ewolucja momentami naprawdę zaszalała.

Dr Joanna Bagniewska: To raczej my, ssaki, jesteśmy dość nudną grupą zwierząt.

Dlaczego?

Jesteśmy tacy przewidywalni! Mamy mniej więcej stałą temperaturę ciała i rozmnażamy się w podobny sposób. Nie odrastają nam kończyny, nie zmieniamy rutynowo płci ani nie rozmnażamy się przez partenogenezę, czyli bez zapłodnienia. Inne zwierzęta mają pod tym względem znacznie więcej możliwości.

Mówię to jako ssak, ale także jako badaczka ssaków, którymi zajmowałam się przez większość zawodowego życia. Pisząc „Bestiariusz naszych czasów”, musiałam uważać, żeby nie skupić się wyłącznie na nich – w końcu to naturalne, że ciągnie nas do gatunków podobnych do nas samych i takich, które dobrze znamy. Książka składa się ze stu krótkich rozdziałów, każdy poświęciłam jednemu gatunkowi albo szerszej grupie. Wybierając tematy chciałam również uwzględnić zwierzęta, które zwykle pozostają w cieniu ssaków.

To często stworzenia, z którymi nie stykamy się na co dzień. Kiedy myślimy o zwierzętach, zwykle przychodzą nam do głowy ssaki i ptaki, rzadziej gady, czasem owady. Ale ile naprawdę wiemy o tym, co dzieje się w głębinach albo na dnie amazońskiego lasu? Na ogół się temu nie przyglądamy. Jako ludzkość również wiemy o tych miejscach stosunkowo mało, bo trudno je badać. Chciałam więc dać więcej miejsca mniej znanym gatunkom.

Mrówkojady ewolucji. Owady społeczne zmieniły ssakiJak owady zmieniły ewolucję ssakówMrówkojady ewolucji. Owady społeczne zmieniły ssaki

Czy zoologa przygotowującego taką książkę coś jeszcze potrafi zaskoczyć?

Oczywiście! Proponujęnawet, żeby każdy student pierwszego roku zoologii dostał takie ćwiczenie: wybrać sto gatunków i uzasadnić, dlaczego są ciekawe. Powinny pochodzić z jak największej liczby grup zwierząt, żeby nie skończyło się na samych kręgowcach. Przy takim zadaniu szybko odkrywa się, jak wiele można się jeszcze dowiedzieć. Podczas zbierania informacji do książki co chwilę coś mnie wprawiało w zdumienie. A już po publikacji trafiałam na kolejne odkrycia i myślałam: „Jak dobrze byłoby jeszcze to dodać!”.

W zoologii cały czas przybywa wiedzy. Nawet kiedy wydaje nam się, że dobrze znamy jakieś zwierzę, nowe badania potrafią nas zaskoczyć. Dlatego oprócz gatunków rzadko opisywanych umieściłam w książce także takie, o których wszyscy słyszeli – śledzia czy gołębia. Chciałam pokazać ich mniej oczywistą stronę.

Część opisanych przez panią zwierząt jest jednak zagrożona wyginięciem.

Jednym z najbardziej dramatycznych przykładów jest skalinek czarny, mały ptak z Nowej Zelandii. W pewnym momencie zostało zaledwie kilka osobników, w tym tylko jedna samica. Cały gatunek udało się odbudować właśnie dzięki niej. Ta historia daje nadzieję, bo dzięki programom ochrony na świecie żyje już kilkaset tych ptaków. W przypadku wielu innych zwierząt ich liczebność nadal jednak spada. Przyczyny są różne: handel związany z tradycyjną medycyną, konflikty między ludźmi a dzikimi zwierzętami, odławianie, utrata siedlisk, zanieczyszczenia i zmiany klimatu.

Trudno pisać o takich gatunkach. Jednocześnie liczę na to, że jeśli więcej osób je pozna, ktoś zechce zmienić swoje przyzwyczajenia albo wesprzeć organizację zajmującą się ich ochroną.

Klon nie jest kopią. Granice powielania życiaGranice kopiowania życiaKlon nie jest kopią. Granice powielania życia

Żeby jednak przybliżyć te zwierzęta polskim czytelnikom, musiała pani część z nich najpierw nazwać.

Tak! Książkę napisałam po angielsku, a przetłumaczyła ją Katarzyna Dudzik, której jestem bardzo wdzięczna. Miała ze mną sporo pracy. To chyba niezbyt częsta sytuacja, kiedy autor książki napisanej w innym języku tak chętnie zagląda tłumaczowi przez ramię. Miałam swoje opinie, proponowałam poprawki i dopytywałam. Kasia cierpliwie wyjaśniała mi, dlaczego coś powinno brzmieć tak, a nie inaczej, albo zgadzała się na zmiany.

Okazało się, że wiele opisanych przeze mnie gatunków nie ma polskich nazw. Zresztą część nie ma nawet nazw angielskich, tylko łacińskie. Postawiłam sobie jednak za punkt honoru, żeby wszystkie nazwać po polsku.

Bardzo pomógł mi w tym prof. Wiesław Bogdanowicz z Muzeum i Instytutu Zoologii PAN, współautor wydanego w 2015 roku „Polskiego nazewnictwa ssaków świata”. Przesłałam mu listę gatunków z nazwami łacińskimi i angielskimi, a także moimi propozycjami oraz ich uzasadnieniem. Część z nich akceptował, przy innych proponował inne rozwiązania albo zwracał uwagę na problemy. Nazywanie zwierząt okazało się osobną przygodą związaną z tą książką.

Miłość w czasach dinozaurówŻycie w parach ma bardzo długą historięMiłość w czasach dinozaurów

Dla kogo jest ten bestiariusz? Książka o zwierzętach, do tego z ilustracjami, może się wydawać dobrym prezentem dla dziecka.

Właśnie dlatego już we wstępie ostrzegam, że to książka raczej dla dorosłych. Jeśli ktoś kupił ją dla młodszej siostry, kuzynki czy bratanka, może się spodziewać kilku niewygodnych pytań. Jest tu na przykład traumatyczna inseminacja, czyli wbijanie przez samca ostrego narządu płciowego w odwłok samicy. Jest zjadanie własnych matek przez młode, jest też odgryzanie partnerowi penisa po stosunku. Życie zwierząt bywa brutalne, a czasem po prostu obrzydliwe. Piszę również o tej jego stronie, więc zanim podaruje się tę książkę dziecku, warto zajrzeć do środka.

Dr Joanna Bagniewska, zoolożka i popularyzatorka nauki. Wykłada na Uniwersytecie Oksfordzkim, gdzie uzyskała doktorat z zoologii. Zajmuje się ekologią, zachowaniem zwierząt i ochroną różnorodności biologicznej. W „Bestiariuszu naszych czasów” przedstawia sto – bynajmniej nie mitycznych – stworzeń.

Poniżej publikujemy fragment książki „Bestiariusz naszych czasów”, wydanej przez Insignis.

Chcesz dostawać najciekawsze teksty Academii PAN?

Zapisz się na newsletter „Nauka i odkrycia”. Najciekawsze badania, odkrycia i rozmowy z naukowcami — prosto na Twoją skrzynkę.

    Interesują Cię inne tematy? Wybierz newslettery →

    Prawie gotowe

    Sprawdź skrzynkę i potwierdź zapis

    Wysłaliśmy Ci wiadomość od Academia PAN. Bez kliknięcia przycisku „Potwierdzam” zapis nie zostanie zakończony.

    1
    Otwórz skrzynkę Znajdź wiadomość od Academia PAN.
    2
    Kliknij „Potwierdzam” Przycisk znajdziesz w otrzymanej wiadomości.
    3
    Gotowe Dopiero wtedy Twój zapis będzie aktywny.

    Nie widzisz wiadomości? Odczekaj kilka minut i sprawdź także foldery Spam, Oferty lub Inne.

    Tupaja górska

    Tupaia montana

    Tupai to po malajsku wiewiórka, ale tupaje nie są wiewiórkami ani nawet gryzoniami. Te niewielkie, brązowawe ssaki pochodzące z Azji Południowo-Wschodniej, choć przypominają wiewiórki o spiczastych nosach, są unikalne pod względem taksonomicznym. Tworzą własny rząd (Scandentia) i należą do najbliższych krewnych naczelnych. Tupaje mogą się również pochwalić największym stosunkiem masy mózgu do masy ciała wśród ssaków. Tak, większym nawet niż u ludzi. Z tego powodu, a także ze względu na dłuższą niż u typowych gryzoni laboratoryjnych długość życia (od 9 do 12 lat) wykorzystuje się je w badaniach biomedycznych nad stresem psychospołecznym, krótkowzrocznością, wirusowym zapaleniem wątroby oraz chorobą Alzheimera. Na wolności tupaje mają inne obowiązki. Jeden z gatunków, tupaja górska z Borneo (Tupaia montana), utrzymuje bardzo szczególną relację z roślinami.

    Większość tego typu relacji jest dosyć jednostronna – zwierzę zjada roślinę. Czasem jednak role się odwracają. Rośliny nie mają łatwego życia. Potrzebują pierwiastków takich jak azot czy fosfor, ale jako organizmy mało ruchliwe mają ograniczone możliwości ich zdobywania, zwłaszcza jeśli przyszło im rosnąć na ubogich w składniki odżywcze tropikalnych glebach. Nic więc dziwnego, że niektóre z nich wykształciły pomysłowe strategie uzupełniania diety, na przykład poprzez współpracę z symbiotycznymi bakteriami lub grzybami. Aby zwiększyć swoje szanse na zbilansowany posiłek, wiele roślin sięga po sztuczkę kojarzoną zwykle ze zwierzętami – mięsożerność. Muchołówki amerykańskie chwytają owady w pułapki zatrzaskowe, rosiczki unieruchamiają swoje ofiary na lepkich liściach, a dzbaneczniki wykorzystują pułapki zapadkowe powstałe z przekształconych liści, by zwabić i pochwycić niczego niespodziewające się owady. Jednak kilka gatunków dzbaneczników z rodzaju Nepenthes występujących na Borneo wzbogaca swoją mięsną dietę o coś zupełnie nieoczekiwanego.

    Zamiast typowych, lekkich i śliskich dzbanów służących do łapania owadów, olbrzymi dzbanecznik z Borneo, Nepenthes rajah, wykształcił znacznie większe, szersze i bardziej wytrzymałe pojemniki. Co więcej, wieczka jego dzbanów produkują bogaty, maślany nektar. Po co? Czyżby ten gatunek polował na coś większego niż owady? Czasami tak. Nepenthes rajah jest jednym z trzech znanych gatunków dzbaneczników, o których wiadomo, że złapały ssaka. Potrafi również chwytać małe płazy i gady. Nie jest to jednak główny powód jego osobliwych adaptacji.

    Borneański olbrzym zawarł intrygującą umowę z tupają górską. Tupaje są wszystkożerne; żywią się głównie stawonogami i owocami, ale podobnie jak ludzie mają słabość do słodyczy. Aby dostać się do słodkiego, gęstego nektaru wydzielanego przez dzbanecznik, muszą wskoczyć na jego dzbany, które są na tyle solidne, żeby utrzymać zwierzę ważące ponad 150 gramów. Po posiłku tupaja przystępuje do defekacji. Kupa wpada bezpośrednio do dzbana, który nagle staje się toaletą. W karkołomnym pokazie zdolności adaptacyjnych dzbaneczniki wyewoluowały tak, żeby ich dzbany dokładnie pasowały do zadka tupai – są odpowiednio szerokie, stabilne i wygodne. Dodatkowo kształt otworu i orientacja wieczka zmuszają tupaję do siadu okrakiem na dzbanie, dzięki czemu celuje dokładnie tam, gdzie powinna. I tak się szczęśliwie dla dzbaneczników składa, że odchody tupai są wyjątkowo wartościowym nawozem. To dlatego, że układ trawienny tego ssaka działa ekspresowo. Pokarm przechodzi przez jelita w mniej niż godzinę, przez co nie wszystkie składniki odżywcze zostają w pełni przyswojone. Transakcja tego typu jest korzystna – inny gatunek o podobnej strategii, Nepenthes lowii, pozyskuje z odchodów tupai od 57 do nawet 100 procent potrzebnego mu azotu.

    Tupaje mają swoje przystanki przy ulubionych dzbanach, które oznaczają za pomocą wydzieliny z gruczołów zapachowych. Odwiedzają je głównie w ciągu dnia, natomiast w nocy rośliny służą jako toaleta dla gryzoni – szczurów wierchowych (Rattus baluensis). Aby przyciągnąć jak najwięcej klientów, dzbaneczniki reklamują swoje tropikalne wychodki, używając specjalnych sygnałów wizualnych. Spody ich wieczek mają intensywne, kontrastowe barwy w odcieniach niebieskiego i zielonego, które są dobrze widoczne dla tupai (dzbaneczniki odżywiające się owadami tego nie robią). Jak widać, dzięki odpowiednim adaptacjom rośliny mogą zapewnić sobie kupę żarcia.

    Rekin polarny

    Somniosus microcephalus

    W ujęciu ewolucyjnym rekiny (a właściwie ich bezpośredni przodkowie) są starsze niż drzewa. Pojawiły się na Ziemi około 420 milionów lat temu, natomiast drzewa zaledwie przed 385 milionami lat. Współczesne rekiny polarne może i nie są starsze niż drzewa, ale z pewnością przebijają wiekiem anegdotki o Isaacu Newtonie rozmyślającym pod jabłonią czy Janie Kochanowskim piszącym o lipie. Rekiny polarne, Somniosus microcephalus, zamieszkujące zimne wody północnego Atlantyku to najdłużej żyjące kręgowce na świecie. Mogą dożyć nawet 500 lat. Jak jednak określić wiek tak pradawnych stworzeń? Tradycyjne metody, chociażby analiza pierścieni przyrostu na kościach, w przypadku rekinów nie działają, ponieważ ich szkielet zbudowany jest z chrząstki. Międzynarodowy zespół badaczy pod kierunkiem duńskiego naukowca Juliusa Nielsena postanowił więc wykorzystać do tego celu datowanie radiowęglowe.

    Przeprowadzone w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku testy broni termojądrowej pozostawiły w atmosferze ślady radiowęgla wytworzonego przez bomby, który z czasem dostał się do morskich łańcuchów pokarmowych. Ślady tego promieniotwórczego izotopu można znaleźć w oczach rekinów polarnych urodzonych w tamtym okresie lub jakiś czas później, ponieważ białka tworzące tkankę soczewki oka nie zmieniają się przez całe życie zwierzęcia. Zespół badawczy przeanalizował oczy rekinów o różnych rozmiarach, od 81 centymetrów do ponad 5 metrów długości, i na podstawie ilości radiowęgla oszacował tempo wzrostu. Według wyliczeń największy (i najstarszy) osobnik miał 392 lata (+/– 120 lat). Jednak rekiny polarne to największy gatunek ryby występujący w wodach arktycznych, a ich wzrost jest niezwykle powolny, mogą więc osiągać jeszcze większe rozmiary. Rekordziści mierzą 6,4 metra i ważą nieco ponad tonę, co sugeruje, że niektóre osobniki mogą być jeszcze starsze.

    W oczy rekinów polarnych zaglądają nie tylko wścibscy naukowcy. Z ogromnym entuzjazmem robią to także pasożytnicze widłonogi, takie jak Ommatokoita elongata, czyli skorupiaki, które przyczepiają się bezpośrednio do gałki ocznej. Pasożyty te wyróżniają się zarówno rozmiarem (samice z workami jajowymi mierzą od 4 do 6 centymetrów), jak i niemal powszechnym występowaniem – znaleźć je można u około 98,9 procent rekinów polarnych. Infekują jedno lub oboje oczu, zakotwiczając się w gałce, i żywią się tkanką rogówki lub spojówki. Powodują znaczne pogorszenie wzroku, a często całkowitą ślepotę. Opanowały środowisko do tego stopnia, że rekin polarny bez pasożytów i z dobrym wzrokiem to prawdziwy wyjątek.

    Na szczęście rekiny polarne najwyraźniej nie polegają zbytnio na wzroku podczas polowania, lecz kierując się węchem. Ma to sens. Żyją w środowisku o niskim natężeniu światła; można je spotkać pod powierzchnią skutych lodem mórz lub nawet 1200 metrów niżej w ciemnych głębinach. Na podstawie analizy zawartości ich żołądków wiadomo, że żywią się rybami, głowonogami, a także ssakami (fokami i małymi wielorybami), natomiast sposób, w jaki polują, wciąż pozostaje zagadką. To nie ślepota jest ich największym problemem, ale prędkość, z jaką się poruszają. A właściwie jej brak. Jako duże, zmiennocieplne zwierzęta żyjące w ekstremalnie niskich temperaturach, poruszają się z prędkością zaledwie około 1 km/h – najwolniej spośród wszystkich ryb. To żółwie tempo rodzi pytanie, jak w ogóle udaje im się upolować zwinne arktyczne foki. Jedna z hipotez głosi, że rekiny atakują osobniki, które zasnęły w wodzie (to by nieco wyrównywało szanse obu stron).

    Ponieważ są drapieżnikami znajdującymi się na szczycie łańcucha pokarmowego, w ich ciałach gromadzi się wiele zanieczyszczeń, takich jak PCB czy DDT. Ich tkanki zawierają też duże ilości N-tlenku trymetyloaminy, substancji, która prawdopodobnie poprawia wyporność, zapobiega zamarzaniu płynów ustrojowych i chroni białka przed ciśnieniem panującym w głębinach. Nie zapominajmy też o wysokim stężeniu mocznika. Wszystko to sprawia, że mięso rekina polarnego jest toksyczne i nadaje się do spożycia tylko po odpowiednim przygotowaniu. Najsłynniejsza metoda obróbki to wielomiesięczna fermentacja, w wyniku której powstaje islandzki specjał kæstur hákarl wyróżniający się intensywnym zapachem amoniaku i smakiem, do którego trzeba się przyzwyczaić.

    Wraz z postępującym topnieniem arktycznego lodu i otwieraniem kolejnych obszarów na działalność rybacką rekin polarny coraz częściej staje się przypadkową ofiarą połowów. Ponieważ badania nad tym gatunkiem nastręczają sporo trudności, nie wiadomo dokładnie, jaką presję ze strony rybołówstwa jest w stanie wytrzymać. Pewne jest jednak, że jego populacja nie odbuduje się szybko: szacuje się, że samice osiągają dojrzałość płciową dopiero w wieku około 150 lat.

    Kategorie

    Eksploruj

    Kontakt

    Ustawienia

    Kontakt academia@pan.pl
    Przejdź do treści