Wersja beta aplikacji

Siedziba Collegium Humanum w Warszawie
Proloko / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Afera Collegium Humanum pokazała słabość nie tylko jednej uczelni, lecz także lukę w nadzorze nad szkolnictwem wyższym. Gdy państwo nie reaguje na sprzedaż dyplomów, tracą nie tylko studenci i pracodawcy, ale również uczelnie, które kształcą uczciwie. O tym, dlaczego rynek sam tego nie naprawi, mówi Dominik Antonowicz z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Academia: Nie było w ostatnich latach większej afery w polskim szkolnictwie wyższym niż sprawa Collegium Humanum. To przypadek jednostkowy czy objaw problemu systemowego?

Dominik Antonowicz: To problem systemowy z kilku powodów. Przede wszystkim ujawnił brak skutecznego nadzoru państwa nad szkolnictwem wyższym w obszarze kształcenia. Wiemy o jednej uczelni, ale sądzę, że podobnych podmiotów jest więcej. Działają pod szyldem edukacji, a w rzeczywistości wydają dyplomy osobom, które nie uczestniczą w zajęciach albo zaliczają ich niewiele. Państwo okazuje w tej materii bezsilność, albo jedynie pozoruje działania i przerzuca odpowiedzialność.

To bardzo niebezpieczny proceder. Mówimy o jednej, dwóch czy kilku uczelniach, ale ich dyplomy mają godło państwowe. Są więc oficjalnym potwierdzeniem określonej wiedzy, umiejętności i kompetencji. Tymczasem ich posiadacze często tych kompetencji nie mają albo nikt tego nawet nie sprawdził.

W tym sensie sprawa Collegium Humanum odsłania znacznie większy problem – nieskuteczny nadzór państwa nad jednym z kluczowych sektorów. Nie chodzi o całkowity brak kontroli, lecz o brak egzekwowania podstawowych zasad. Jeżeli uczelnie wydają dyplomy, powinny robić to wyłącznie na podstawie rzeczywistych osiągnięć edukacyjnych. Wiemy jednak, że część z nich tego nie weryfikuje.

Można jednak powiedzieć, że rynek sam to zweryfikuje. Jeśli absolwenci danej uczelni nic nie potrafią, jej dyplomy szybko stracą wartość.

To prawda, ale problem polega na tym, że wraz z nimi spada wartość dyplomów wszystkich uczelni, których studenci zdobywają je uczciwą pracą. Można powiedzieć, że dyplom jednej szkoły jest bezwartościowy, ale konsekwencje ponosi cały system.

To trochę jak z fałszywymi pieniędzmi. Same w sobie są bezwartościowe, ale podważają zaufanie do całej waluty. Podobnie jest z dyplomami. Pracodawcy nie zawsze mają czas ani narzędzia, by odróżnić uczelnie rzetelne od nierzetelnych. Najbardziej tracą ci, którzy naprawdę studiowali, bo ich dyplomy zaczynają funkcjonować obok dokumentów zdobytych bez wysiłku.

Niepokojące jest także to, że państwo, które powinno egzekwować prawo, w dużej mierze abdykuje ze swoich funkcji regulacyjnych, bagatelizując skalę problemu  Tymczasem od ujawnienia tej afery – a właściwie całej serii afer – niewiele zmieniło się ani w przepisach, ani w praktyce działania instytucji państwowych. A przecież sygnały ostrzegawcze pojawiały się już wcześniej, choćby przy okazji spraw celebrytów, których dyplomy bada dziś prokuratura.

Skoro uczelnie jedynie wykorzystują słabość systemu, to gdzie leży źródło problemu?

W słabym nadzorze państwa nad szkolnictwem wyższym. Architektura tego systemu została ufundowana na paradygmacie zaufania instytucjonalnego. Zakładano, że uczelnie będą wydawały dyplomy wyłącznie na podstawie osiągnięć merytorycznych. Dziś wiemy, że nie zawsze tak się działo, choć skala tego pozostaje nieznana. 

Mamy dziś trzy podmioty odpowiedzialne za funkcjonowanie systemu. Pierwszym jest Polska Komisja Akredytacyjna, której zadaniem jest wspieranie jakości kształcenia. Tworzą ją głównie akademicy, którzy pomagają uczelniom poprawiać programy studiów, wskazują słabe strony i doradzają, jak podnosić jakość.

Drugim jest ministerstwo, czyli państwo. Ono powinno dysponować narzędziami pozwalającymi egzekwować podstawowe reguły. Część takich kompetencji ma, ale korzysta z nich zbyt rzadko.

Jest jeszcze trzeci uczestnik – samo środowisko akademickie. Ono również nie zawsze jest przekonane, że państwo powinno mieć silne uprawnienia kontrolne wobec uczelni. I właśnie w takim swoistym trójkącie bermudzkim funkcjonujemy od kilku dekad. Nasza wiedza o tym problemie jest większa, ale diagnozie nie towarzyszy polityczna terapia. 

To brzmi tak, jakby państwo powinno zacząć traktować szkolnictwo wyższe bardziej jak rynek.

Głęboki niepokój budzi fakt, że państwo – będące gwarantem przestrzegania prawa – wykazuje w tej materii bezczynność, marginalizując wagę problemu. Od momentu ujawnienia tych patologii nie doczekaliśmy się fundamentalnych zmian o charakterze legislacyjnym ani rewizji dotychczasowej praktyki działania instytucji publicznych. 

Szkolnictwo wyższe stało się quasi-rynkiem, na którym uczelnie konkurują o studentów, a presja demograficzna tę konkurencję jeszcze zwiększa. Państwo musi więc na nowo zdefiniować swoją rolę – jako regulatora rynku edukacyjnego, aby chronić uczciwych studentów i uczelnie. 

Może to zabrzmieć kontrowersyjnie, ale jeśli uznajemy, że uczelnie świadczą usługę edukacyjną i na końcu wydają dyplomy z godłem państwowym, to państwo ma obowiązek dopilnować, by na tym rynku obowiązywały uczciwe zasady konkurencji. Proces kształcenia musi być rzeczywisty i możliwy do zweryfikowania. Jeżeli jakaś uczelnia tego nie zapewnia, nie powinna mieć prawa prowadzić studiów, a zwłaszcza certyfikować efekty kształcenia poprzez nadawanie dyplomów. A jeśli łamie reguły, powinna ponosić suowe konsekwencje – finansowe, organizacyjne i prawne.

Potrzebujemy regulatora rynku. Nie po to, by uderzać w uczelnie, ale by chronić te, które działają uczciwie. Wśród szkół publicznych i niepublicznych jest wiele takich, które bardzo poważnie traktują swoją misję edukacyjną. Są jednak również podmioty, które wykorzystują luki w systemie. Przymykanie na to oczu demoralizuje cały sektor i normalizuje edukacjne  pozoranctwo. Przez lata uczelnie cieszyły się dużą autonomią, a państwo rzadko korzystało ze swoich uprawnień nadzorczych, bowiem panowało przekonanie, że nikt nie będzie handlował dyplomami. Dziś wiemy, że ten etap już się skończył.

Czy w takim razie polski system akredytacji jest jeszcze wiarygodny?

Tak, ale trzeba wyraźnie rozdzielić dwie funkcje. Polska Komisja Akredytacyjna odpowiada za ocenę i doskonalenie jakości kształcenia. To instytucja, która powinna współpracować z uczelniami, wskazywać błędy, pomagać budować lepsze programy studiów i podnosić standardy. Oczywiście sama również wymaga modernizacji i wsparcia, ale jej rola jest przede wszystkim projakościowa.

Drugie skrzydło systemu nazwałbym nadzorczym. Ono powinno pilnować przestrzegania reguł obowiązujących na rynku edukacyjnym. Jeżeli jakaś uczelnia je łamie, państwo powinno mieć możliwość skutecznego reagowania, łącznie z eliminowaniem takich podmiotów z rynku. Te dwa elementy systemu powinny ze sobą współpracować, ale pełnią zupełnie różne funkcje.

Skrzydło akredytacyjne ma charakter akademicki i wspierający. Skrzydło nadzorcze musi opierać się na autorytecie państwa i skutecznym egzekwowaniu prawa. Tego dziś najbardziej brakuje.

Problem będzie zresztą narastał. Mamy jeszcze krótkotrwałe odbicie demograficzne, ale za chwilę liczba kandydatów na studia ponownie zacznie spadać. Im trudniejsze będą warunki funkcjonowania uczelni, tym większa stanie się pokusa szukania nieuczciwych sposobów pozyskiwania studentów i pieniędzy. Nie chodzi o państwo autorytarne, lecz o państwo, które potrafi egzekwować własne prawo. 

Po wybuchu afery Collegium Humanum widzi Pan poważną debatę o przyszłości systemu, czy raczej gaszenie kryzysu?

Debaty o systemie właściwie nie ma. Skupiamy się na celebrytach, politykach, rektorach i znanych nazwiskach, które pojawiają się w tej sprawie. Dotyczy to również dyplomów MBA, bo ich posiadanie otwiera drogę do zasiadania w radach nadzorczych spółek. W dużej mierze gonimy jednak za sensacją. Dyskusji o rozwiązaniach systemowych jest bardzo niewiele, dominują chwytliwe hasła produkowane ad hoc  na medialne doniesienia. 

Trzeba też powiedzieć jasno, że ministerstwo nie podjęło realnych działań naprawczych zmierzających do eliminacji z rynku nieuczciwych praktyk oraz nieuczciwych graczy. 

To szczególnie ważne dziś, gdy z jednej strony pogłębia się kryzys demograficzny, a z drugiej zakończył się napływ studentów zagranicznych.Jeżeli państwo toleruje nieuczciwą konkurencję, może w efekcie wypchnąć z rynku uczciwe podmioty. Dlatego problem nie sprowadza się do wskazania jednej uczelni czy kilku nazwisk. Chodzi o stworzenie systemu, w którym nieuczciwe praktyki będą realnie karane, a handel dyplomami stanie się po prostu zbyt ryzykowny, a przez to nieopłacalny.

Dominik Antonowicz — socjolog, dr hab., profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, kierownik Katedry Badań nad Nauką i Szkolnictwem Wyższym UMK. Zajmuje się globalnymi trendami w polityce wobec nauki i szkolnictwa wyższego oraz zarządzaniem instytucjami akademickimi. Studiował socjologię na UMK i public management na University of Birmingham. Pracował m.in. w Center of Higher Education Policy Studies na University of Twente w Centro de Investigação de Políticas do Ensino Superior na University of Porto oraz Ontario Institute of Studies in Education (OISE), Toronto University. Był stypendystą programu Chevening, NAWA i Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Kategorie

Eksploruj

Ustawienia

Przejdź do treści