Czytasz artykuł w trybie offline
O uważności, humorze i głupich robakach
Na parapecie, w parku i na trawniku. Przyroda jest wszędzie. Trzeba tylko nauczyć się ją dostrzegać. Marek Maruszczak, twórca fanpage’a „Zwierzęta są głupie i rośliny też”, a teraz także książki Głupie robaki i inne takie, opowiada o tym, jak humor i ciekawość potrafią zmienić sposób patrzenia na świat
Czy dzięki humorowi łatwiej zainteresować ludzi przyrodą?
Marek Maruszczak: Skłamałbym, gdybym powiedział, że od początku był to mój plan. Po prostu bardzo lubię pisać i bardzo lubię zwierzęta. Fanpage „Zwierzęta są głupie i rośliny też”, a później także książka, zaczęły się od żartu. Chciałem zrobić partnerce prezent – fałszywą książkę o ptakach. Działa jako wolontariuszka w Fundacji Albatros i bierze udział w akcjach ratowania dzikich zwierząt, więc pomyślałem, że opiszę kilka jej ulubionych gatunków w mocno prześmiewczy sposób, przygotuję ilustracje i wydrukuję całość jako fotoksiążkę.
Projekt zaczął jednak żyć własnym życiem. Wysłałem go do kilku wydawnictw, ale nikt nawet nie odpowiedział. Wtedy powstał fanpage. Zyskał popularność między innymi dzięki udostępnieniu przez Agnieszkę Graclik z „Pani z Pszyry”. I nagle odezwały się dokładnie te same wydawnictwa, które wcześniej milczały.
Dziś rzeczywiście mogę powiedzieć, że humor stał się dla mnie sposobem popularyzowania wiedzy o zwierzętach. Celowo mówię o wiedzy, a nie o nauce. Nie jestem zoologiem ani biologiem, tylko językoznawcą. Piszę z perspektywy człowieka, który uwielbia dowiadywać się nowych rzeczy o zwierzętach i opowiadać o nich z humorem. Najbardziej cieszy mnie to, że wiele osób mówi, iż wcześniej w ogóle nie interesowały się ptakami czy owadami, a teraz nagle zaczęły je obserwować. Niektórzy twierdzą nawet, że przez moje książki muszą nosić lornetkę na spacery. To chyba całkiem miły efekt uboczny.
Co tracimy, kiedy nie zwracamy uwagi na przyrodę? Dla wielu ludzi jest po prostu tłem.
Właśnie to jest piękne, że ona jest wszędzie. Nie trzeba wyjeżdżać do egzotycznych krajów. Przyroda dzieje się wokół nas cały czas. Obserwowanie zwierząt daje coś, co trudno zastąpić. Dla mnie jest formą medytacji. Nigdy nie potrafiłem medytować w klasyczny sposób, ale kiedy obserwuję zwierzęta, skupiam się na jednej rzeczy i cała reszta schodzi na dalszy plan.
Jest jeszcze drugi aspekt. Jeżeli czegoś nie znamy, zwykle albo nie poświęcamy temu uwagi, albo zaczynamy się tego bać. To dotyczy również przyrody. Tymczasem problemy świata zwierząt są jednocześnie naszymi problemami. Im lepiej rozumiemy otaczającą nas przyrodę, tym łatwiej dostrzegamy, że jesteśmy jej częścią.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto się jej przyglądać. Zwierzęta są po prostu fascynujące. Bardzo wiele elementów naszej kultury wyrasta z ich obserwacji. Mitologie, smoki, ogromna część współczesnej popkultury – od Pokémonów po niezliczone fantastyczne stworzenia – czerpie z natury. Poznając zwierzęta, lepiej rozumiemy również własną kulturę.
Dlaczego akurat owady budzą w ludziach tyle niechęci? Przecież mamy wiele innych zwierząt, które również nie wyglądają szczególnie przyjaźnie.
Po pierwsze, owady bardzo się od nas różnią. Łatwiej zrozumieć zachowanie psa czy sarny niż mrówki albo muchy. A kiedy coś jest bardzo odmienne, automatycznie budzi większy dystans.
To działa również w drugą stronę. Sowy wydają nam się mądre między innymi dlatego, że mają oczy skierowane do przodu i coś, co odczytujemy jako mimikę. Podobnie jest z rasami psów o spłaszczonych pyskach. Kojarzą nam się z niemowlętami, więc wydają się sympatyczniejsze. Owady takiego kredytu zaufania nie dostają.
Drugi powód jest historyczny. Przez tysiące lat ludzie obserwowali pojawianie się owadów tam, gdzie jest rozkład, śmierć albo brud. Nie rozumiano jednak ich cyklu życia. Wierzono na przykład, że pszczoły rodzą się z martwych zwierząt, bo nikt nie widział momentu składania jaj. Widziano jedynie, że z padliny nagle wylatuje rój jakichś bzyczących owadów. Takich wierzeń było mnóstwo. Owady kojarzyły się z czymś niepokojącym, a jednocześnie często rzeczywiście dokuczały ludziom – gryzły albo przenosiły choroby.
To jednak tylko część obrazu. Motyle od dawna symbolizowały odrodzenie, pszczoły – monarchię, pracowitość i dobrze zorganizowaną społeczność, a miód przez stulecia był właściwie jedynym powszechnie dostępnym słodzikiem. Relacje ludzi z owadami od zawsze były więc złożone.
Kto powinien sięgnąć po tę książkę?
Najlepiej najpierw zajrzeć na mój fanpage. To dość specyficzne poczucie humoru i doskonale rozumiem, że nie każdemu musi odpowiadać. Jeżeli jednak ktoś lubi klimat Monty Pythona, Terry’ego Pratchetta czy internetowych past, a przy okazji interesuje się zwierzętami i potrafi spojrzeć na nie z pewnym dystansem, jest spora szansa, że będzie się dobrze bawił.
Najbardziej cieszy mnie to, że wokół fanpage’a powstała społeczność ludzi, którzy nie tylko żartują, lecz także uzupełniają informacje, dzielą się obserwacjami i zwyczajnie ze sobą rozmawiają. W internecie to wcale nie jest takie częste. Chyba właśnie z tego jestem najbardziej dumny.
Poniżej publikujemy fragment książki Głupie robaki i inne takie wydanej przez Znak Koncept.

PIERDONKA
biedronka siedmiokropka
Biedroneczko, leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba. Bo nie ma opcji, żebym przecisnął się do działu z pieczywem pomiędzy tymi kochanymi paletami. Biedronek ci u nas dostatek, na szczęście nie wszystkie są murowane. W Polsce znajdziemy prawie 80 gatunków bożych krówek.
Najbardziej boża jest oczatka, bo ma prawie centymetr długości. Oczatka poluje na mszyce, głównie w lasach iglastych, a na czerwonych pokrywach skrzydeł ma nie pięć, nie siedem, tylko aż dziesięć kropek, każda w kolorze myśli z niedzieli wieczorem, plus żółty okrąg dookoła kropki. Oczatka na zimę zagrzebuje się w poszyciu leśnym i wtedy możemy powiedzieć, że ściółki mają oczy, bo tak właśnie wyglądają jej czarno-żółte kropki.
Kolejna jest dwukropka, prawie o połowę mniejsza od oczatki. Nie będzie tutaj kropkowych niespodzianek, za to kulinarna i owszem. Ten półchrząszcz, półznak przestankowy poza mszycami zajada się również mrówkami faraona.
Pora na siedmiokropkę, czyli tę biedronkę, która zrobiła karierę medialną. Jak sama nazwa wskazuje, siedmiokropka ma po trzy kropki na każdej połowie biedronki. No dobra, jest jeszcze jedna kropka umieszczona pośrodku. Siedmiokropka to prawdziwy demon w chrząszczej skórze. Każdego dnia potrafi opędzlować aż 60 mszyc, czerwców, a nawet tych drani przędziorków. Łącznie jej ofiary ważą mniej więcej tyle, co sama biedronka.
Większość chrząszczy spędza stadium larwalne bezpiecznie zagrzebana w ziemi, w roślinach lub pod korą jakiegoś drzewa. Ale nie larwa biedronki. Larwa biedronki, jak detektyw Rutkowski u fryzjera, się w tańcu nie pie*doli. Siedzi sobie spokojnie na liściu, wygląda jak smocza faja i ciamka mszyce, jakby jutra miało nie być albo przynajmniej jakby akurat wypadał ramadan.
No i jest jeszcze biedronka wściekła, w cholerę agresywna, potocznie zwana azjatycką (choć kujoni od robali wołają na nią arlekin). Biedronka azjatycka jest żółta, ale to nie rasizm, tylko szczęśliwy zbieg okoliczności, przy czym może być i czarna, i czerwona, i pomarańczowa, i mieć kilka kropek, i nawet dwadzieścia, bo kto biedronce zabroni. W dodatku w przeciwieństwie do swoich polskich krewniaczek bardzo chętnie nas w coś upitoli. Na razie ustalono, że ugryzienie azjatyckiej biedronki może wywołać reakcję alergiczną i w rezultacie obrzęk, astmę, pokrzywkę albo zapalenie spojówek, ale wszyscy wiemy, jak to jest z tamtejszymi plagami. Zaczyna się od pokemonów, a kończy globalną reglamentacją papieru toaletowego.
Nie wszystkie biedronki są mięsożercami. Niektóre z nich żywią się roślinami albo grzybami. Wszystkie jednak mają pokrywy skrzydeł jak robotnik drogowy, który stał za blisko kałuży. Ostrzegają w ten sposób, że smakują paskudnie i są również toksyczne co rodzinna kolacja po wywiadówce.

MORDO-TRUUJKA
oleica krówka
Nie wszystko, co się słodko nazywa, można wrzucać do herbaty. Oleica krówka to gatunek chrząszcza z rodziny majkowatych, który hasa sobie po polskich łąkach i kryje dość paskudne nadzienie. Jak czekoladka w bombonierce, która okazuje się kawowa, albo pudełko po lodach z koperkiem, po którym konar płonie. W przypadku krówki chodzi o kantarydynę. Jedną z silniejszych toksyn występujących w przyrodzie.
Kantarydyna przyjęta przez błonę śluzową może być śmiertelna. Ale spokojnie, żeby oleica krówka kogoś wykończyła, to naprawdę trzeba się postarać. Po pierwsze, oleice są zwykle spokojne jak krówki. Są również brzydkie, bo mierzą do 35 milimetrów, z czego większość przypada na dosyć napuchnięty i odkryty odwłok. Toksynę produkują wyłącznie samce i wydzielają ją przez pory na odnóżach.
Jedna oleica krówka wytwarza do 3 miligramów trującej substancji. Tymczasem żeby ubić dorosłego człowieka, trzeba około 30 miligramów. Łatwo policzyć, że morderstwo poprzez zakrówkowanie wymaga niewspółmiernego do efektów wysiłku. Tym bardziej że oleica krówka co prawda występuje w Polsce, ale wcale nie jakoś powszechnie.
Czyli człowiek nie dość, że się nabiega po jakimś zarośniętym zadupiu, na przykład polu słoneczników, obrzeżu lasu czy innej trawiastej miedzy, to jeszcze krzyż go rozboli od schylania się po chrząszcze. W dodatku dość łatwo się pomylić i podnieść oleicę fioletową, która od krówki jest bardziej, nie zgadniecie, fioletowa (ale tylko trochę).
No dobrze, a co się stanie, jeżeli jednak wystraszona oleica spoci nam się syrkami na nadgarstek? Prawdopodobnie pojawi się bąbel na skórze i lokalne zaczerwienienie. Trochę gorzej będzie, jeżeli połkniemy oleicę, bo wtedy można dostać bólu brzucha i zacząć sikać na czerwono.
Oleica krówka, jak na chrząszcza przystało, ma głupi cykl rozwojowy, ale taki naprawdę od czapy. Mianowicie pani krówka składa do ziemi lub na jej powierzchnię do 10 tysięcy jaj. Po wykluciu się larwa znajduje jakiś reprezentacyjny kwiatek w pobliżu i zasuwa w górę łodygi, aż dotrze do części, która kwitnie. Tam czeka, przebierając niecierpliwie malutkimi odnóżami, aż na kwiatku wyląduje pszczoła z rodzaju pszczolinka albo porobnica. Jak już wyląduje, to oleica krówka w wersji mini przyczepia się do niej i na gapę leci prosto do pszczelego gniazda. Opisane pszczoły to gatunki samotnicze, co jest ważne, bo larwa nie chce, żeby ktoś jej przeszkadzał, kiedy będzie dorastała.
Jeżeli sądzicie, że na miejscu grzecznie się przedstawia i czeka na filiżankę miodu, to lepiej nie pożyczajcie nikomu pieniędzy. Mała oleica, nie czekając na zaproszenie, przystępuje do wyżerania pszczole jajek. Czasami dla urozmaicenia zagryzie pyłkiem albo nektarem i tak sobie siedzi, aż kilka razy przejdzie linienie. Później opuszcza gniazdo, zamienia się w pseudopoczwarkę i w tej postaci zimuje.
Wiosną larwa przekształca się dalej, tym razem w poczwarkę, a później w dorosłą oleicę krówkę, która przerzuca się na dietę roślinną. Tak to właśnie jest w przyrodzie. Nigdy nie wiadomo, czy dzisiejszy wegetarianin nie opędzlował kiedyś jakiegoś przedszkola.
Dropie, czyli takie gołębie na szczudłach, jedzą oleice krówki i inne toksyczki, żeby narobić sobie ochoty na prokreację. Tak się składa, że kantarydyna to właśnie osławiona hiszpańska mucha. Wychodzi na to, że nawet afrodyzjaki dojadamy po ptakach.

Polecane:
-
Nie tylko PTSD. Co dręczyło Odyseusza? Przejdź do publikacji: Nie tylko PTSD. Co dręczyło Odyseusza?
-
Artykuł
Prof. Węcowski: Odyseja to odpowiedź na świat, który wymknął się spod kontroli Przejdź do publikacji: Prof. Węcowski: Odyseja to odpowiedź na świat, który wymknął się spod kontroli
-
Artykuł
Upadek Troi: Ostrzeżenie z przeszłości Przejdź do publikacji: Upadek Troi: Ostrzeżenie z przeszłości
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Dlaczego mrówki są ważniejsze niż myślisz
Dlaczego mrówki są ważniejsze niż myślisz Przejdź do publikacji: Dlaczego mrówki są ważniejsze niż myślisz
Przejdź do publikacji: Drugie życie owadów. Naukowcy stworzą z ich odpadów materiał ratujący gleby
Drugie życie owadów. Naukowcy stworzą z ich odpadów materiał ratujący gleby Przejdź do publikacji: Drugie życie owadów. Naukowcy stworzą z ich odpadów materiał ratujący gleby
Przejdź do publikacji: Dżem, lemoniada i osa. Poradnik pokojowego współistnienia