Wersja beta aplikacji

Filozof nauki, mikrobiolog, świadek Zagłady i uczestnik powojennej debaty o etyce badań medycznych. O tym, kim naprawdę był Ludwik Fleck i jakie mity narosły wokół jego biografii, rozmawiamy z Marią Ciesielską i Anną Wacławik, autorkami książki Fleck. Ocalony przez naukę

Academia: Dlaczego postanowiły panie opowiedzieć historię Ludwika Flecka?

Anna Wacławik: Fleck nie tylko przeżył Zagładę, ale uratował także żonę, dziecko i kilka innych osób. Zainteresował nas człowiek, który w skrajnych okolicznościach zachował odwagę, godność i człowieczeństwo. To wielkie słowa, ale w jego przypadku nie są pustymi hasłami.

Maria Ciesielska: Jestem lekarką i historyczką medycyny. W biografii Flecka funkcjonuje zaskakująco wiele przekłamań, niedopowiedzeń i błędów. Chciałam je zweryfikować. Moją pierwszą publikację poświęciłam obaleniu mitu, jakoby pracował w Auschwitz nad szczepionką przeciwtyfusową.

W życiorysie Flecka spotykają się lekarz, mikrobiolog, więzień obozów koncentracyjnych i filozof nauki. Którą z tych ról najtrudniej było odtworzyć?

Maria Ciesielska: W Polsce Fleck jest znany przede wszystkim jako filozof nauki. Ja będę broniła tezy, że przede wszystkim był mikrobiologiem. To był jego zawód i właśnie dzięki tej wiedzy przeżył. Tytuł książki „Ocalony przez naukę” odnosi się przede wszystkim do bardzo praktycznej nauki – wiedzy lekarskiej i mikrobiologicznej.

Paradoks polega na tym, że zjawisk opisanych przez Flecka uczą się studenci medycyny, choć często nie wiedzą, kim był ich autor. Dlatego zależało mi, by przypomnieć go także lekarzom, studentom medycyny i historykom medycyny.

Anna Wacławik: Polscy filozofowie nauki poświęcili wiele uwagi jego teoriom, ale nie zajęli się kompleksowo jego biografią. W tym temacie ogromne zasługi miał niemiecki socjolog Thomas Schnelle, który właściwie ocalił pamięć o Flecku i to od jego archiwum zaczynają wszyscy badacze dorobku lwowskiego uczonego. Ale nawet jego praca miała ograniczenia – odbywała się w latach 70. zeszłego wieku, nie wszystkie archiwa były dostępne, nie wszystkie miejsca można było odwiedzić. My szukałyśmy śladów i świadectw w Polsce, Ukrainie, Niemczech i Izraelu. Dzięki temu udało się wypełnić wiele białych plam w biografii Flecka i naprostować kilka przeinaczeń i nieprawdziwych “mitów” na temat jego losów.

Powtarzano na przykład, że Fleck pochodził z ubogiej rodziny i z trudem zdobył wykształcenie. Okazało się, że wywodził się z zamożnej, dobrze znanej lwowskiej rodziny związanej ze środowiskiem artystycznym i rzemieślniczym. Odkryłyśmy również, że miał brata, o którym wcześniej praktycznie nie wspominano. Udało się odtworzyć jego edukację, i początki kariery i zweryfikować wiele późniejszych kłamstw na jego temat. Jednym z nich było przekonanie, że po wojnie odnalazł się w systemie komunistycznym. W rzeczywistości próbował razem z żoną wyemigrować z Polski – najpierw do Szwecji, potem do Izraela, gdzie był już jego syn. Władze nie chciały go jednak wypuścić, bo był zbyt cenny, był naukowcem. Znów, tak jak podczas wojny u nazistów, stał się więźniem systemu, tym razem stalinowskiego.

Co w tej postaci robi na paniach największe wrażenie?

Anna Wacławik: Przede wszystkim siła charakteru. Budował ją nie tylko na wiedzy i intelektualnych kompetencjach, lecz także na mocnym kręgosłupie moralnym. Podczas likwidacji getta lwowskiego, gdy Niemcy wybierali osoby do pracy przy produkcji szczepionki, wśród wyselekcjonowanych znalazła się chemiczka Anna Seeman, która utykała po przebytym w dzieciństwie polio. Jeden z esesmanów chciał wykluczyć ją z grupy. Wtedy Fleck powiedział: „To jest chemiczka, a nie tancerka. Ja nie potrzebuję tancerki w laboratorium”. To uratowało jej życie. Po wojnie Seeman wspominała, że potrafił narzucić swoją pewność siebie nawet oprawcom.

Podobnych sytuacji było więcej. Gestapo przesłuchiwało go w sprawie szczepionki produkowanej z moczu chorych na tyfus. Zapytano go, czy preparat będzie skuteczny również dla Aryjczyków. Fleck z pełną powagą odpowiedział, że oczywiście, ale potrzebny byłby do tego aryjski mocz. Do dziś zastanawiamy się, jakiej odwagi wymagało wypowiedzenie takich słów podczas przesłuchania.

Po co dziś sięgać po tę książkę?

Maria Ciesielska: Każdy znajdzie w niej coś innego. Dla wielu będzie to po prostu niezwykła historia. Mam jednak nadzieję, że przeczytają ją także studenci medycyny i lekarze. Fleck był świadkiem w procesie IG Farben w Norymberdze. Po powrocie do Polski uczestniczył w dyskusjach o etyce badań medycznych i eksperymentów prowadzonych na ludziach. Stawiał fundamentalne pytania o odpowiedzialność lekarzy i o to, czy można polegać wyłącznie na indywidualnym instynkcie moralnym. To pytania, które pozostają aktualne również dziś.

Poniżej publikujemy fragment książki „Fleck. Ocalony przez naukę”, wydanej przez Agorę.

Wóz zaprzęgnięty w konie z mozołem wtacza się pod górę drogą wiodącą na Zamkowe Wzgórze. Ładunek jest ciężki i cuchnie. To butle pełne płynu. Gdy wóz podskakuje na nierównej drodze, słychać chlupot tej biologicznej bomby – moczu Żydów chorych na tyfus. Towar musi dotrzeć do lwowskich Zakładów Chemicznych „Laokoon”.

Kompleks budynków położony jest mniej więcej w połowie drogi na wzgórze, wszyscy we Lwowie go znają. „Jedyny środek przeciw reuatyzmowi, bólom nerwowym, przestarzałemu przeziębieniu, i. t. d. jest NERVOSAN fabryki LAOKOON, żądać we wszystkich aptekach”. Takie anonse zapełniały strony lwowskich gazet. Zakład oferował specyfiki podnoszące jakość życia. Ale to w innym świecie i w innym czasie. Przed wojną.

Teraz, w Lembergu, jesienią 1942 roku, „Laokoon” to obiekt wojskowy, którym zarządza przedstawiciel rasy panów, doktor Hans Schwannenberg. Mocz z beczek ma się zamienić w szczepionkę chroniącą przed tyfusem, jedną z najbardziej zabójczych chorób XX wieku. Setki litrów śmierdzącego płynu wkrótce trafi do doskonale wyposażonych laboratoriów zakładu.

Transport organizuje szpital z lwowskiego getta i jest to część szalonej intrygi, która ma pomóc umęczonym niedobitkom z „dzielnicy Żydów” i uratować życie jego pomysłodawców, garstki zdeterminowanych żydowskich lekarzy i chemików.

Naukowym filarem tej operacji jest mikrobiolog i filozof doktor Ludwik Fleck. To on znalazł sposób na wyprodukowanie nowej przeciwtyfusowej szczepionki. Fleck w zamierzchłych czasach był asystentem genialnego profesora Rudolfa Weigla, teraz jest Jude, podczłowiekiem z odroczonym wyrokiem śmierci.

Ale nawet tutaj, uwięziony w getcie, potrafi zrobić coś niezwykłego – wynaleźć i wyprodukować tanią i skuteczną szczepionkę, coś, czego Niemcy bardzo pożądają. W tym czasie w stalingradzkim kotle żołnierzy dziesiątkuje tyfus.

Bezpośredni kontakt z nazistami wziął na siebie dyrektor żydowskiego szpitala, drugi filar intrygi, doktor Maksymilian Kurzrock. Człowiek sprytny, z wpływami w getcie i w aryjskim świecie; mówi się o nim, że zna wszystkich, wszystko może zorganizować, załatwić. To musiał być jego pomysł, by zainteresować Niemców szczepionką.

W zamian za co? Za życie uczonych, ich współpracowników, rodzin i dzieci oraz za masowe szczepienia Żydów w getcie i obozach pracy. Oczywiście w ramach testów – przecież trzeba nowy preparat sprawdzić, zbadać, czy nie wywołuje skutków ubocznych.

Dla Schwannenberga, dyrektora fabryki farmaceutyczno-drogeryjnej „Laokoon”, taka propozycja to wielka pokusa. Patent na przeciwtyfusową szczepionkę zapewniłby mu miejsce w panteonie zasłużonych dla Tysiącletniej Rzeszy.

Niemiec spotyka się z Fleckiem i Kurzrockiem, wysłuchuje oferty. Para żydowskich lekarzy pokazuje mu dokumentację, wykresy, wyniki badań. Ta szczepionka – przekonują – jest skuteczna. Przygotowując całość dokumentacji patentowej, zadbali o szczegóły – na okładce wpisali nazwisko Schwannenberga.

Dyrektor chemicznej fabryki połyka przynętę. Mógłby uruchomić produkcję na masową skalę. Rzeka wakcyny² płynęłaby do żołnierzy Wehrmachtu równie wartkim strumieniem jak zaszczyty dla niego, ojca tego sukcesu.

Ale Schwannenberg nic nie wie o tyfusie, nie zna się na tym. Specjalistów od tyfusu plamistego jest może kilkunastu na świecie, w tym stojący przed nim żydowski uczony Ludwik Fleck. Niemiec zabiera papiery i zawiadamia gestapo.

Kurzrock i Fleck mają się stawić w siedzibie tajnej policji, owianym złą sławą budynku przy ulicy Pełczyńskiej. Starannie się do tego przygotowują. Zabierają dokumenty: protokoły doświadczeń przeprowadzonych w żydowskim szpitalu w getcie i gotowe próbki szczepionki zamknięte w szklanych buteleczkach.

„To była droga niebezpieczniejsza niż tyfus: rzadko który Żyd wracał z niej żywy” – tak w powojennej relacji Fleck wspominał wezwanie na gestapo.

Nie wiadomo, kto ich przesłuchiwał – gestapowcy się Żydom nie przedstawiają. Wśród kilku funkcjonariuszy tajnej policji są jednak umundurowani specjaliści, którzy potrafią ocenić wartość oferty.

Przesłuchanie odbywa się według typowego scenariusza: wrzaski, pytania, drugi raz te same pytania, wrzaski, groźby, trzeci raz to samo. Ludwik jest doświadczonym naukowcem, mikrobiologiem, jego odpowiedzi są precyzyjne i merytoryczne. Tyfusowi plamistemu poświęcił lata badań.

Posługuje się nienagannym niemieckim, który był jego drugim, używanym na co dzień językiem. Zachowuje spokój. Od tego, co powie, zależy życie jego i Kurzrocka, ich rodzin i zaangażowanych w produkcję wakcyny lekarzy, laborantów, chemików – kobiet i mężczyzn, jego współpracowników i przyjaciół zarazem.

I nieznanej liczby ludzi, pacjentów szpitala w getcie, którzy dzięki papierom Urinspender – dawców moczu – mają szansę na schronienie i przeżycie.

W pewnym momencie któryś z esesmanów rzuca pytanie: „Czy szczepionka z moczu Żydów może być skuteczna także dla Aryjczyków?”.

„Oczywiście musiałby to być mocz aryjski, nie żydowski” – odpowiada z powagą doktor Fleck.

Koniec przesłuchania. Niemcy zabierają dokumentację, próbki i każą się wynosić.

„Wyszliśmy z pokoju niepewni czy wyjdziemy z budynku, bo ostatecznie przepis i próbki już mieli, więc nie bardzo byliśmy im potrzebni, nawet jeśli szczepionka ich interesowała. Jednak wypuścili nas, a za bramą było już tylko zwykłe codzienne ryzyko” – relacjonował naukowiec.

Wizyta przyniosła skutek. Niedługo potem Ludwik Fleck i jego współpracownicy zostaną aresztowani. Uwięzieni w „Laokoonie” uruchomią produkcję szczepionki. Nie na długo. Kilka tygodni później Niemcy wywiozą ich na zachód, do kolejnych nazistowskich laboratoriów ukrytych w obozach koncentracyjnych.

² Wakcyna, od łacińskiego słowa vaccinum – szczepionka.

Kategorie

Eksploruj

Ustawienia

Przejdź do treści