Czytasz artykuł w trybie offline
Po Zachodzie. Polska bez punktu odniesienia
Warsaw UNIT przy Rondzie Daszyńskiego w Warszawie. Fot. Tomasz Kubica / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Polska przez trzy dekady goniła Zachód pod względem dochodów, konsumpcji, bezpieczeństwa i jakości życia. Jakub Dymek, dziennikarz i kulturoznawca, w książce „Rewolucja ambicji”, przekonuje, że ten pościg w dużej mierze już się skończył. Problem w tym, że wraz z osiągnięciem celu zniknął dotychczasowy punkt odniesienia, Polacy szukają nowych wzorów, coraz częściej na Wschodzie, a politykę zaczyna organizować nie tyle pragnienie awansu, ile lęk przed utratą zdobytego dobrobytu
Academia: Dogoniliśmy już ten Zachód? Odkąd pamiętam wciąż go gonimy.
Jakub Dymek: Jeśli spojrzeć na wskaźnik, w który byliśmy najbardziej wpatrzeni, czyli PKB na mieszkańca, to mamy powody do zadowolenia. Rząd nie ustaje w przypominaniu, że jesteśmy 20 gospodarką świata i krajem nieustannego wzrostu gospodarczego. Podobnie jeśli spojrzymy na tempo wzrostu płac realnych czy siłę nabywczą przeciętnej pensji, która pozwala dziś Polakowi cieszyć się poziomem życia niegorszym, a pod pewnymi względami nawet lepszym niż mieszkańcom Portugalii, Hiszpanii czy Grecji.
Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, dostęp do ochrony zdrowia, deklarowane zadowolenie z życia, powszechność edukacji czy udział kobiet w rynku pracy -różne miary próbujące uchwycić jakoś i poziom życia, nie tylko PKB – to w nich również wypadamy podobnie do zamożnych państw świata Zachodu albo i lepiej.Sen roku 1989, który III RP roztoczyła przed swoimi obywatelami – kapitalizmu, demokracji, wolności słowa i, być może najważniejszej z tych rzeczy, nieograniczonej konsumpcji, swobody podróżowania na Zachód i cieszenia się życiem – w dużej mierze został zrealizowany.
Tyle że wielu Polaków wciąż może powiedzieć: „Gdzie nam do Zachodu?”
To, co było dla nas oczywiste w latach 90. czy 2000. – przyzwolenie na narzekanie, dystans wobec naszej szarej, męczącej rzeczywistości i kompleks wobec Zachodu – zostało zastąpione czymś innym. Mamy poczucie, że Zachód, który goniliśmy, już nie istnieje. “To nie jest ta sama Unia Europejska, do której wchodziliśmy” – słyszymy. Albo:„Niemiec już nie ma”, „Francja upada”. Pojawia się przekonanie, że to, co goniliśmy, już dogoniliśmy. A nawet jeśli nie: to tam dzieje się tak źle, że nie warto dalej patrzeć w tamtą stronę. W ciągu trzech dekad “Zachód” przestał być punktem odniesienia i miarą aspiracji, stał się czymś przeciwnym. Antywzorem, od którego chcemy się zdystansować. Wolimy sobie powtarzać, że nie jesteśmy jak Zachód, tylko mądrzejsi lekcjami jego błędów.
Zaczynamy szukać innych punktów odniesienia i pytać o własne cele. To moment pewnego kryzysu tożsamościowego. Konsumpcję, bezpieczeństwo, spokój i pewien rodzaj stabilizacji już osiągnęliśmy. Teraz pytamy: co dalej?
I jak brzmi odpowiedź?
Nasza debata publiczna od kilku lat krąży wokół tego pytania. Czy nowym celem będzie największa armia NATO? Elektrownia atomowa, CPK i Port Haller, czyli nowa Gdynia? Może przejęcie przewodniej roli w Europie? Bycie europejskim liderem bezpieczeństwa pod trumpowskim parasolem? Albo osiągnięcie statusu Korei Południowej, Tajwanu czy Japonii z ich boomem technologiczno-przemysłowym?
Wiemy już, kim nie jesteśmy. Nie jesteśmy człowiekiem postkomunistycznym. Nie jesteśmy biedniejszym kuzynem Europy. Nie jesteśmy też prymusem demokratyzacji, kapitalizmu i transformacji, bo to również jest za nami. Natomiast pytanie, kim w takim razie jesteśmy, wciąż pozostaje bez odpowiedzi.
Piszesz, że coraz częściej wzorów szukamy nie na Zachodzie, ale na Wschodzie.
Gdybyśmy zapytali Polaków 20–25 lat temu, jakie kraje im imponują, wskazaliby Stany Zjednoczone, Francję, Niemcy czy Kanadę. Dzisiaj coraz częściej patrzymy na Wschód.
Korea, Japonia, Tajwan i Chiny – bo produkcja, przemysł, przełomy technologiczne, uniezależnianie się od innych i eksport. A także restrykcyjne podejście do migracji, niechęć do obcych, nacjonalizm i ochrona własnej kultury. Singapur – bo sprawna administracja, niskie podatki, państwo jak firma i magnes na inwestycje. Dla innych wzorem były Węgry: suwerenna demokracja, gospodarczy nacjonalizm, sprzeciw wobec norm narzuconych z zewnątrz. Dla jeszcze innych Ukraina czy Turcja ze względu na armię, dynamicznie rozwiający się przemysł zbrojeniowy i granie “powyżej swojej ligi”.
Polakom imponują w tych krajach spójność kulturowa czy narodowa, asertywność i brak tej „demoliberalno-regulacyjnej zgnilizny”, którą coraz częściej zaczęliśmy utożsamiać ze światem UE i ustabilizowanych liberalnych demokracji. To chyba jedna z największych, a wciąż jeszcze nieopowiedzianych przemian w polskim światopoglądzie.
Tyle że spora część tych państw jest do pewnego stopnia autorytarna. Demokracja nam się nie spodobała?
Nie powiedziałbym, że demokracja nam się nie spodobała. To nie tyle niechęć do demokracji, ile do liberalizmu. Swobody obywatelskie bardzo lubimy i nie chcielibyśmy ich oddać.
To raczej fantazja o silnym monarsze w stolicy i panu na zagrodzie równym wojewodzie we własnym domu. Silne państwo, które asertywnie broni się przed wpływami z zewnątrz, a jednocześnie niemal kompletna swoboda w życiu gospodarczym wewnątrz, silna rola krajowych firm i biznesu,przy jednoczesnym akcentowaniu spójności kulturowej i publicznej moralności. Nawet jesli na pokaz. Bo jak z tą moralnością naprawdę na Węgrzech, w Rosji czy Trumpowskich USA jest, to wszyscy wiedzą. Ale w tej fantazji nie chodzi o realnie istniejące państwa, ale wyobrażony lepszy – w domyśle: niż europejski – ład. Poszukowanie krainy marzeń, gdzie jest dobrobyt, ale nie ma regulacji, przepisów, podatków, politycznej poprawności… Dlatego tak czesto w podobnych opowiesciach wracają kraje, o których tak mało wiemy, bo łatwiej je mitologizować.
Zmieniło się też nasze postrzeganie Zachodu. Kiedyś polscy emigranci przywozili stamtąd podziw, wrażenie lepszego świata i pragnienie, żeby osiągnąć jego poziom. Dzisiaj częściej wracają z przekonaniem: przecież oni nie są lepsi od nas.”Tam jest brudno, migranci na ulicach, bezrobocie młodych, brudne dworce i stare samochody” – słysze od Polaków wracających z zachdoniej Europy. A Polacy jadący do Chin czy Azji Wschodniej widzą szybkie pociągi, nowoczesne miasta, ale też konserwatyzm społeczny i spójność, która im się podoba.

Nie oznacza to jednak, że chcemy pożegnać się z demokracją. Lubimy mieć poczucie, że mamy wpływ na to, co się dzieje, przynajmniej raz na cztery lata. To się w nas, jak sądzę, nie zmieniło.
Czy ten zwrot jest trwały?
Powiem coś jako autor bardzo na własną szkodę: istnieje ryzyko, że moja książka szybko się zdezaktualizuje. Wszystkie zjawiska, o których rozmawiamy, dotyczą Polski po 35 latach niemal nieustannego wzrostu. Wzrost PKB, rosnące płace, malejące bezrobocie i nieustannie płynące do nas środki europejskie i zagraniczne inwstycje traktujemy dziś jak coś równie oczywistego jak powietrze.
Być może wszystkie te diagnozy mogą się wykoleić po dwóch–trzech latach nawet nie recesji, lecz zwykłej stagnacji gospodarczej. To, co próbuję powiedzieć o polskiej mentalności, może być produktem 35 lat zielonych strzałek idących do góry. To one wygenerowały nasze oczekiwania, aspiracje i nową dumę narodową.
Jeżeli miałbym wskazać najważniejszy trend kształtujący dzisiejszą polską politykę, byłaby nim potrzeba ochrony dobrobytu. Ten z polityków, kto jest w stanie obiecać, że przynajmniej nie będzie gorzej, ma szansę wygrać tę licytację. Każde ryzyko, że będziemy musieli się czegoś wyrzec na czyjąś rzecz, wywołuje popłoch świeżo wzbogaconego społeczeństwa.
Niechęć do Ukraińców jest jednym ze skutków tych postaw. Boimy się ich tym bardziej, im bardziej stają się naszymi sąsiadami i kolegami z pracy, im bardziej awansują i – paradoksalnie – im lepiej się integrują. Klasę średnią na całym świecie charakteryzuje lęk przed deklasacją: że ja spadnę, ktoś mnie dogoni, że się osunę. U nas pogłębione badania przedwyborcze to pokazują jednoznacznie: klasa średnia wściekła, że – ich zdaniem – ktoś inny co chwila coś dostaje, obawiająca się podwyżek podatków i “patologii” oraz Ukraińców, których mają za grupy roszczeniowych pasożytów.
Polacy (nie bez podstaw!) uważają, że na dobrobyt czekali przez dziesięciolecia: wojen i okupacji, czekania na mieszkania, transformacji, bezrobocia, inflacji, dostosowywania się do unijnych regulacji i emigracji za chlebem. Wizja, że teraz – w obliczu zagrożeń klimatycznych, problemów bezpieczeństwa czy zmian na rynku pracy wywołanych przez AI – ktoś nam powie, że musimy się z tym dobrobytem pożegnać, wywołuje radykalny sprzeciw. I spokojnie może być paliwem wyborczym przez jeszcze co najmniej jeden cykl.
Dla kogo jest „Rewolucja ambicji”?
Jak każdy autor chciałbym powiedzieć: dla jak najszerszego grona czytelników, bo chcę, żeby „Rewolucja ambicji” była bestsellerem. Ale przede wszystkim to książka dla tych, którzy chcą zrozumieć, dlaczego – choć bardzo nie lubimy tego przed sobą przyznać – jesteśmy normalnym państwem Zachodu. I dlaczego, jeśli nie wiemy, co się z nami dzisiaj dzieje i gdzie jesteśmy, to właśnie dlatego, że dogoniliśmy własny sen.
Dla tych, którzy widzą dysonans między nagłówkami w „Financial Times”, „The Guardian” czy BBC, mówiącymi o Polsce jako jednym z największych sukcesów gospodarczych XXI wieku, a budzeniem się rano w Świebodzinie, Świecku czy Świdnicy i pytaniem: czy Polska, którą widzę za oknem, jest tą samą Polską, o której pisze międzynarodowa prasa?
Poniżej publikujemy fragment książki „Rewolucja ambicji. Jak zmienia się Polska?” wydanej przez Wydawnictwo Port.

Czy młody człowiek w latach 80. uwierzyłby, gdybyśmy mu powiedzieli, że w ciągu jego życia Polak będzie mógł bez wizy wlecieć do USA, nasz kraj będzie stawiany za wzór dynamicznej gospodarki, przeciętna pensja pozwoli na zbliżony poziom życia jak w Europie, sklepowe półki będą uginać się od towarów, a stypendia na światowych uczelniach, kariery w globalnych korporacjach i zagraniczne wakacje staną się codziennością pokolenia jego dzieci? A jednak te wszystkie rzeczy, które u progu III RP uznawaliśmy za niezbędne elementy „normalnego Zachodu”, już tu są. A w niektórych dziedzinach – od prędkości wdrażania rozwiązań cyfrowych przez bezpieczeństwo naszych miast aż po szczodrość świadczeń rodzinnych – radzimy sobie po prostu lepiej. Z pewnością nienajgorzej wiedzie się też tym, którzy konsumują owoce tego sukcesu. W gazetach czytam dziś, że „Hiszpania jest ulubionym rynkiem mieszkaniowym Polaków” i że apartamenty na Costa del Sol są w zasięgu polskiej klasy średniej. Współpasażerka w przedziale drugiej klasy pociągu Intercity, poinformowała mnie wczoraj, że polski jest jednym z najpopularniejszych języków na luksusowych kempingach włoskiego i chorwackiego wybrzeża. Słowo „Dubaj” słyszę na ulicach częściej niż „Usynów”, „Targówek” i „Białołęka”, jak gdyby emirat stał się nową i popularniejszą od innych dzielnicą Warszawy.
Co więcej, doszliśmy do tego miejsca w okresie nieco tylko dłuższym niż jedno pokolenie4. Dzieci moich rówieśników nie znają już innej niż ta określana jako „złoty wiek” rzeczywistości. Polska w UE i G20, na wiecznej fali wzrostowej, z małym bezrobociem, za to przyciągająca miliony migrantów – to dla nich oczywistość. Tak jak dla mnie oczywistością było to, że prezydentem Polski jest Lech Wałęsa, buty do kosza kupuje się na bazarze, a nieopodal mojego rodzinnego domu mieści się baza radzieckich żołnierzy.
Społeczeństwo żadnego państwa, które dokonało podobnego skoku rozwojowego, nie uniknęło zawrotów głowy. Spadająca dzietność i coraz bardziej kosztowny w utrzymaniu system emerytalny, rosnące nierówności, bunt prowincji, egoizm nowej klasy średniej i niechęć do podzielenia się dobrobytem – to tylko część z nich. A w tej książce pojawią się też wpływowe grupy interesu, które blokują potrzebne reformy. Przyglądam się nowym polskim folwarkom i zatrudnionym w nich migrantom sprowadzanym do naszego kraju milionami na żądanie biznesu. My, Polacy, mimo sukcesu nie zawsze jesteśmy w stanie odnaleźć się w hiperkapitalistycznej rzeczywistości. Wygoda wielkich miast napędzanych niewidoczną pracą anonimowych gig-workerów z aplikacji i samotność metropolii to jedno. Wyludniająca się i starzejąca prowincja, gdzie rolnik szuka żony i nie znajduje, to drugie. A pomiędzy nimi średnie i nawet stosunkowo duże miasta, które pytają, dlaczego – skoro jest tak dobrze – u nich jest tak źle. Te same rankingi, które pokazują rosnącą jakość życia, alarmują zarazem, że w Polsce samotność, rozpad więzi społecznych, kurczenie się czasu poświęcanego na odpoczynek i relacje z innymi postępują nawet szybciej niż w innych państwach o podobnym poziomie zamożności5. Wszędzie widzimy nierówno i niesprawiedliwie rozłożone zyski i straty. Pozłotkę nowej epoki i brzydkie blizny transformacji.
W tej książce chciałbym dowieść tej tyleż oczywistej, co wciąż prowokującej tezy: jesteśmy już normalnym krajem Zachodu. Nawet jeśli nie lubimy tak o sobie myśleć. Ale to, że nim jesteśmy, widać nie tylko w poziomie naszego życia i oczekiwań. Jesteśmy nieodróżnialni od normalnych krajów Zachodu w tym, jak podobne do nich błędy popełniamy, jakie trapią nas problemy, gdzie gubi nas pycha, wygoda albo krótkowzroczność. Nasze lęki przypominają te znane z Niemiec, Francji, Holandii czy Wielkiej Brytanii. Znajdujemy się na tej samej trajektorii co oni, tylko w innym miejscu.
Tym, którzy nie zechcą uwierzyć mi na słowo, mogę tylko polecić kolejne rozdziały. Dowiecie się z nich choćby tego, jak Polska powiela politykę migracyjną krajów „starej UE”, a przecież miała rzekomo uczyć się na cudzych błędach. Przeczytacie, jak i my wybraliśmy bezpieczną konsumpcję i państwo dobrobytu ponad geopolityczną niezależność. I że każdy tak naprawdę tego w Polsce chciał! Jednocześnie zaproszę czytelników do miejsc, gdzie wychodzenie z bezrobocia i błędów transformacji nie trwało kilka lat, lecz całe dekady – i gdzie do dziś nie do końca się to udało.
Pokażę też, jak nasza nowo odkryta asertywność napędza polexitowe nastroje. I że dziś my patrzymy na Ukraińców równie nieufnie, jak kiedyś na nas patrzono na Zachodzie. Inne państwa Zachodu i UE służą nam już nie jako wzory do naśladowania, a raczej lustra, w których i my możemy się przejrzeć. Czasami to, co w nich zobaczymy, nie jest dla nikogo przyjemne. Teraz bowiem, gdy pod wieloma względami dogoniliśmy resztę UE i wypracowaliśmy wiele sukcesów, zaczynamy patrzeć na ów świat, który nam imponował, z coraz większym dystansem. Może ten Zachód nigdy nie był taki, jak myśleliśmy?
Proces, który doprowadził nas do tego miejsca, nazywam potrójną rewolucją – godności, aspiracji i ambicji. To przecież oczywiste, że zmieniło się u nas coś więcej niż cyferki w tabelach zamożności i PKB. Przemiany społeczna i polityczna, jakie zaszły w Polsce, nie są zaś „tylko” efektem ubocznym prosperity. My, Polacy, naprawdę się zmieniliśmy. Pierwszy nastąpił zwrot ku godności. Jego hasłem było: „My też jesteśmy ludźmi”, wypowiedziane przez ofiary transformacji ustrojowej i wykluczoną z głównego nurtu modernizacji część Polski. Prawo i Sprawiedliwość wygrało w 2015 roku wybory na hasłach przywrócenia godności i wstania z kolan. To, co początkowo budziło kpinę i rozbawienie, okazało się genialnie skuteczne. Diagnoza mówiąca, że Polacy potrzebują, aby władza zatroszczyła się jednocześnie o ich duchowe i materialne potrzeby, była głęboko prawdziwa. Prawo i Sprawiedliwość nie tylko wypłaciło „reparacje” ofiarom transformacji, ale ją zakończyło. Relacje władzy i społeczeństwa, najbardziej fundamentalne prawa polityki, się zmieniły. Suweren naprawdę powrócił, rządzący zaś musieli zacząć dogadywać się z nim na nowych zasadach. Polska prawica zaś pod przewodnictwem Jarosława Kaczyńskiego, Beaty Szydło i w końcu Mateusza Morawieckiego przejęła ster modernizacji. Rękoma tego ostatniego odebrała liberałom oraz lewicy monopol na rozwój i postęp. Ten godnościowy zwrot dokonał się w latach 2015–2019 i rzeczywistość nigdy potem nie była taka sama. Sukces tak zwanych populistów doprowadził do tego, że i tak zwani antypopuliści się do nich upodobnili. Polska była tu trendsetterem narodów.
Później przyszedł czas na aspiracje. To czas, który można podsumować hasłem: „My też chcemy żyć jak inni” lub „My też chcemy kupować”. Zakończenie transformacji i awans materialny Polaków poskutkowały społeczną liberalizacją, rosnącymi oczekiwaniami, dalej idącą prywatyzacją usług. To też czas nadrabiania zaległości dzięki kompulsywnej konsumpcji. Staliśmy się prawdziwym mistrzem Europy w otwieraniu granic. Było jasne, że coraz większy popyt na tanie towary i usługi mają zaspokoić migranci. Polacy byliby gotowi przymknąć na to oko i przedłużyć mandat każdej władzy, która pozwoliłaby im nacieszyć się dobrobytem. Ale równolegle w społeczeństwie, w którym jak ognia unikamy wyrażeń „klasa społeczna”, narastało klasowe napięcie. Szybko wzbogacona klasa średnia bała się „patologii” i „pińcetplusów”. Jakby tego było mało, najpierw uderzyły pandemia i zamknięcie gospodarki, potem zjawił się milion uchodźczyń i uchodźców z Ukrainy z dziećmi, wreszcie szok cen energii i inflacja. Powodów do zatroskania o status było niemało. Czasy aspiracji w Polsce można opisać za pomocą metafory „kolejki po dobrobyt”6 amerykańskiej socjolożki Arlie Russel Hochschild7. Społeczne napięcia wzięły się z obawy, że po latach czekania i pokornego stania w kolejce po nagrodę, ktoś nas wypchnie albo wyprzedzi. Że przyjdzie jakaś obca grupa i dostanie to, na co my musieliśmy czekać.
Lata 2019–2023, ostatecznie zakończone porażką partii dominującej w poprzedniej epoce, były czasem sporu o to, kto pozwoli Polakom na realizację ich aspiracji. I tu okazało się, że więcej nas łączy z innymi społeczeństwami Zachodu, w których „populistom” zwycięstwo dało serce, a porażkę przyniósł portfel. Trump, Orbán, Kaczyński wygrywali na obietnicach wielkiej ofensywy godności. Tracili władzę, gdy nowo odzyskanej godności i pewności siebie zaczynały zagrażać rosnące koszty życia i globalne kryzysy, nad którymi władza nie była już w stanie zapanować.
Wreszcie przyszedł czas na rewolucję ambicji, która właśnie trwa. I to ona dała tytuł całej książce. Konsumpcja, wygoda, spokój, bezpieczeństwo – to już za mało. Hasłem przewodnim ostatnich lat stało się: „My też możemy robić rzeczy wielkie”. Po 2023 roku widzimy, jak ambicja stała się uniwersalnym językiem polityki. Spór polityczny w naszym kraju dotyczy bowiem tego, kto lepiej i skuteczniej zbuduje „nową Gdynię”. Kiedy jeden lider partyjny ogłasza plan „turbo-Polski”, a drugi odpowiada „turboprzyspieszeniem”, nie sposób ukryć się przed nową retoryką wielkości i potęgi. Nie dościgania Zachodu, ale jego prześcigania. Oczekujemy od naszych polityków tego samego ducha, który 100 lat temu odrodzonej II RP kazał wznieść miasto i port od zera. Brakuje nam dziś żywych symboli podobnej ambicji. A sukcesem Polski mierzonym wyłącznie wskaźnikami w raportach Eurostatu trudno pochwalić się krewnym i znajomym za granicą.
Nasze emocje epoki rewolucji ambicji opisuje też pewna barwna metafora. Co ciekawe, słyszałem ją w zupełnie niezmienionej formie od dwóch nieznających się chyba wzajemnie osób z dwóch różnych politycznych środowisk. A mówi ona, że z polskim rozwojem jest tak: „Wpuścili nas do gabinetów menedżerskich, a nawet na dyrektorskie fotele w wielkich korporacjach. Ale czy kiedyś pozwolą wjechać windą na piętro, gdzie siedzą zarząd, prezesi i spotykają się najwięksi udziałowcy? Oto jest pytanie o miejsce i rolę Polski w globalnej gospodarce”. Politycy konkurują dziś na recepty i pomysły, jak się tam wedrzeć. W jednym nie ma między nimi sporu – wszyscy obiecują, że dzięki nim dojedziemy na najwyższe piętro, już lada moment. Albo wedrzemy się tam siłą. Jeśli nie teraz, to kiedy? Nasza konkurencja słabnie, wielkie potęgi są zajęte sobą, my zaś mamy dynamizm i apetyt na więcej.
Ja sam mam do rewolucji ambicji stosunek ambiwalentny. Cieszę się sukcesem i rozwojem Polski, to oczywiste. Dziś możemy wreszcie na poważnie marzyć nie tylko o indywidualnym bogactwie, ale także o aktywnym państwie i odważnie planować do przodu. To, że spieramy się dziś o rozwój i że powstała wręcz moda na politykę przemysłową czy asertywność na arenie międzynarodowej, jest piękne. Kategorie dobra wspólnego czy gospodarczego patriotyzmu wróciły do łask. W Polsce żyje się dziś lepiej niż kiedykolwiek i nie brak nam uzasadnionych powodów do zadowolenia. Więcej nawet: dumy! W książce staram się nie tylko przywołać na to dowody statystyczne, ale odpowiedzieć, dlaczego nasze państwo wywiązuje się ze swoich zadań czasami lepiej, niż jesteśmy skłonni to przyznać. Czy dzięki wszystkim tym zmianom ostatniej dekady żyjemy dziś w dosłownie innym kraju? Owszem, tak. I jest to kraj zamożniejszy, bezpieczniejszy i pękający z dumy.
Jednak rewolucja ambicji potrafi mieć też mniej szlachetne oblicze. Zawsze mnie uczono, że „pycha kroczy przed upadkiem”. W naszej ojczyźnie dochodzi do głosu nowy rodzaj triumfalizmu, samozachwytu, zachłyśnięcia się własną propagandą. Wielkie ambicje mieszają się momentami z iluzją wielkości. Politycy chwalą się armią i wojskowym potencjałem, którego jeszcze nie ma. Regularnie przelicytowują się w polityce międzynarodowej. Formacja elit czy kształcenie prawdziwej kadry państwowców-fachowców, która pozwoliłaby nam na rywalizację z potężniejszymi od nas, jest na ostatnim miejscu na liście priorytetów. Nasze elity prowadzi przekonanie, że skoro wszystko się udawało przez 30 lat, to przez kolejne dekady będzie podobnie. I oczywiście wiara, że skoro my jesteśmy mądrzejsi, to nauczymy innych prawdy i przekonamy do naszych racji. Kreślimy wizję wielkich wojen i politycznych batalii, które na pewno wygramy w przyszłości, bo mniejsze kryzysy oraz trywialne zadania są dla dzisiejszej Polski wciąż trudne. Ale pomimo to każdy jest ekspertem od tego, jak wielka i potężna powinna być Polska.
Polecane:
-
Awatary zmarłych i nowe obietnice nieśmiertelności Przejdź do publikacji: Awatary zmarłych i nowe obietnice nieśmiertelności
-
Bezimienne równanie. Uczony, którego nie wolno było cytować Przejdź do publikacji: Bezimienne równanie. Uczony, którego nie wolno było cytować
-
Artykuł
Cyfrowa Lalka PAN. Od powieści do projektu badawczego Przejdź do publikacji: Cyfrowa Lalka PAN. Od powieści do projektu badawczego
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Czy grożą nam bieda-emerytury?
Czy grożą nam bieda-emerytury? Przejdź do publikacji: Czy grożą nam bieda-emerytury?
Przejdź do publikacji: Ekspert to za mało. Jak mówić o nauce, żeby słuchano
Ekspert to za mało. Jak mówić o nauce, żeby słuchano Przejdź do publikacji: Ekspert to za mało. Jak mówić o nauce, żeby słuchano
Przejdź do publikacji: Gdy standard pęka. Kryzys sondaży i możliwe rozwiązania