Wersja beta aplikacji

W Polsce coraz poważniejszym problemem staje się to, że od badaczy oczekuje się, że jeszcze przed rozpoczęciem projektu przewidzą jego wynik, wartość rynkową i ścieżkę komercjalizacji. Tymczasem innowacja z definicji wiąże się z ryzykiem, a wiele przełomów zaczynało się od badań, których praktycznego znaczenia nikt nie potrafił przewidzieć. 

Academia: Napisał pan jakiś czas temu, że komercjalizacja badań stała się w Polsce czymś w rodzaju fetyszu. Ale właściwie co jest w niej złego? Skoro społeczeństwo finansuje naukę, może powinno coś za to dostać?

Dr Leszek Bukowski: Sprawa jest bardziej złożona. Oczywiście część badań jest komercjalizowana, ale w Polsce nabraliśmy przekonania, że wszystko powinno się rozgrywać według takiego scenariusza, że biznes przychodzi na uczelnię, ma określone zapotrzebowanie, a uczelnia je realizuje. Postrzegamy więc uczelnię właściwie jako instytucję usługową dla biznesu.

Nauka tak nie działa. Jeśli spojrzymy na historię nauki, to zobaczymy, że inwestowanie w badania rzeczywiście doprowadziło do powstania wielu pożytecznych i przełomowych technologii, które dały społeczeństwom nowe możliwości i napędzały gospodarkę. Tyle że zrozumieliśmy to dopiero z biegiem czasu. Główna motywacja naukowa zawsze była znacznie prostsza: poszukiwanie prawdy, tworzenie teorii, które pozwalają nam opisywać świat i które możemy weryfikować.

Warto przyjrzeć się Stanom Zjednoczonym, które są niezwykle skuteczne w komercjalizacji badań. To nie działa tak, że biznes przychodzi i mówi: „Teraz macie opracować to i to, bo tego potrzebujemy”. Richard Feynman w książce „Pan raczy żartować, panie Feynman!” opisuje między innymi swoją współpracę z instytucjami państwowymi finansującymi badania. Logika była mniej więcej taka: niech pan pracuje nad tym, co pana interesuje, bo to pan jest specjalistą i wie, które problemy są istotne. Jeżeli okaże się, że coś z tego jest dla nas przydatne, będziemy rozmawiać o dalszej współpracy.

Podobnie powinny wyglądać związki uczelni z biznesem. Biznes musi rozumieć, że warto inwestować również w badania podstawowe, które nie mają dziś oczywistej ścieżki komercjalizacji. W perspektywie lat czy dziesięcioleci budują potencjał. Powstaje środowisko naukowe, z czasem tworzy wynalazki i innowacje. Jeszcze raz podkreślę: nauka nie jest systemem usługowym. Niedawno słyszałem o pomyśle, by największe firmy, również te z udziałem państwa, zgłaszały uczelniom zapotrzebowanie na konkretne prace badawcze, a uczelnie miałyby ze sobą konkurować o ich realizację. Tylko według jakich kryteriów? Ceny? Czy może założymy, że najlepsze badania to te najtańsze? To absurd. Jakość programu badawczego najlepiej potrafią ocenić ludzie, którzy zajmują się daną dziedziną. Dlatego właśnie nazywamy ich ekspertami. To oni wiedzą, jak taki program przeprowadzić i ile powinien kosztować.

Mam wrażenie, że w Polsce ciągle pokutuje wyobrażenie, iż przepływ ma następować wyłącznie od nauki do biznesu. Biznes natomiast niekoniecznie jest gotowy posłuchać tego, co mają do powiedzenia naukowcy. Co chwilę organizujemy gale czy spotkania pod hasłem „nauka dla biznesu”. Bardzo bym się ucieszył, gdybyśmy częściej pytali również, co biznes może zrobić dla nauki.

Tylko czy naukowcy nie popadają czasem w skrajność i nie fetyszyzują „nauki dla nauki”? Na każdy przykład odkrycia, które wydawało się bezużyteczne, a potem zmieniło świat, przypada przecież mnóstwo badań, które nigdy nie znalazły praktycznego zastosowania.

Oczywiście. Są całe dziedziny, jak astrofizyka, w których być może znajdziemy jakieś praktyczne zastosowania, ale podstawową motywacją jest potrzeba zrozumienia, jak działa Wszechświat, czym są czarne dziury i tak dalej. Podobnie jest z matematyką. Bardzo duża część badań nie została skomercjalizowana i na razie nie widzimy perspektywy, żeby tak się stało.

I rzeczywiście, naukowcy też potrafią przesadzić w drugą stronę. Z własnego doświadczenia wiem, że często nie zdają sobie sprawy, iż to, nad czym pracują, ma ogromny potencjał biznesowy. Właśnie dlatego powstają spin-offy – przedsięwzięcia biznesowe będące odpryskiem badań prowadzonych na uczelni. W państwach najbardziej innowacyjnych to zjawisko jest znacznie częstsze niż w Polsce.

Ale do tego potrzebna jest kultura wzajemnych relacji biznesu i nauki. Nie da się jej zbudować w ten sposób, że przychodzimy na uczelnię i mówimy: chcemy, żebyście opracowali nam algorytm, który będzie wykonywał jakieś zadanie trzy razy szybciej niż poprzedni. Potrzebne są relacje działające w obie strony. Naukowcy muszą mieć możliwość prowadzenia badań i krytykowania istniejących rozwiązań. Rzadko zdajemy sobie sprawę, że nauka wspiera również demokrację właśnie dlatego, że opiera się na swobodzie krytyki i swobodzie badań. Jeżeli tej swobody zabraknie, spadnie jakość nauki.

Co więc realnie tracimy, kiedy naukowcy już podczas pisania wniosku grantowego muszą myśleć o komercjalizacji?

To duży problem. Pracowałem przy różnych grantach łączących biznes z nauką. W takich projektach od początku trzeba było dokładnie opisać, jak będzie wyglądała komercjalizacja, jakie przyniesie korzyści, a nawet zadeklarować konkretne sumy. Co gorsza, zanim program badawczy w ogóle się zacznie, trzeba rozpisać go krok po kroku i zadeklarować, jakie wyniki osiągniemy na każdym etapie.

Pamiętam wypowiedź pewnego matematyka o doktorantach. Mówił mniej więcej tak: jeżeli przychodzi do mnie doktorant, chce prowadzić badania i twierdzi, że dokładnie wie, co ma robić, odpowiadam mu, że to nie są badania. Badania polegają na tym, że mamy nowy problem i nie do końca wiemy, jak go rozwiązać.

Dlatego tak ważne jest zaufanie. Biznes musi zaufać naukowcom, że są specjalistami, a naukowcy biznesowi, że udział w takim projekcie pozwoli im swobodnie rozwijać daną dziedzinę. Jeżeli obrana ścieżka okaże się nieskuteczna, powinniśmy móc zrobić krok w tył i spróbować innego podejścia.

Tego właśnie dziś brakuje. Każda innowacja jest związana z ryzykiem. Mam wrażenie, że chcemy prowadzić badania i realizować granty, ale jednocześnie wyeliminować ryzyko, że coś się nie uda, choć ryzyko jest nieodłączną częścią procesu badawczego.

Wiele przedsięwzięć się nie powiedzie. Statystyki mówią zresztą, że zapewne znacznie więcej niż dwa czy trzy. Ale innowacja ma to do siebie, że jeśli jedna rzecz się uda, możliwości jej skalowania i wpływ na biznes mogą być tak duże, że zrekompensują koszty badań, które zakończyły się niepowodzeniem albo zaprowadziły nas w ślepą uliczkę. Przy czym przez „ślepą uliczkę” rozumiem tylko tyle, że na razie czegoś nie udało się skomercjalizować.

Ale pieniędzy na badania nie ma dla wszystkich. Zanim damy komuś duży grant i powiemy: „Rób swoje”, musimy przecież zdecydować, komu go dać. Jak wobec tego oceniać projekty?

Cel badawczy jest ważny. Możemy pytać, czy jego osiągnięcie wpłynie w znaczący sposób na jakąś dziedzinę gospodarki albo wiedzy. Chodzi mi natomiast o to, żeby ścieżka prowadząca do tego celu pozostawała w kompetencjach naukowców.

Kolejnym kryterium powinna być ocena zespołu badawczego: czy rzeczywiście ma kompetencje i możliwości, które sprawiają, że postawiony cel jest realny do osiągnięcia. I tutaj natychmiast pojawia się problem: kto ma to oceniać?

Urzędnik nie ma do tego kompetencji. I to nie jest żaden zarzut wobec urzędników, bo ich zadanie jest po prostu inne. Nie jest nim merytoryczna ocena naukowców.

Rozmawiałem ostatnio z kilkoma osobami o systemie ekspertów oceniających wnioski. Często są anonimowi. Zapewne część z nich jest bardzo dobrymi specjalistami, ale niekoniecznie dokładnie w tej dziedzinie, której dotyczy grant, a mimo to muszą wystawić opinię.

Jeżeli mamy projekt z uczenia maszynowego czy algorytmiki, czyli dziedzin, którymi sam się zajmuję, powinni go oceniać ludzie, którzy rzeczywiście są w nich specjalistami. Tylko wtedy pojawia się kolejny kłopot: bardzo dobry specjalista zna swoje środowisko. Wie, kto jest drugim bardzo dobrym specjalistą. Najlepsi eksperci znają innych najlepszych ekspertów. 

Jak więc uniknąć podejrzeń o kumoterstwo? 

Nie widzę innej drogi niż pewien poziom zaufania do środowiska naukowego: że ci ludzie stali się specjalistami dlatego, że rzeczywiście merytorycznie zajmowali się daną dziedziną i potrafią merytorycznie ocenić pracę innych. Rozumiem jednak, że to realne wyzwanie.

Co właściwie zawdzięczamy tej czystej ciekawości – badaniu przysłowiowych muszek owocowych albo problemów, które w chwili rozpoczęcia badań nie mają żadnego zastosowania?

Bardzo lubię przykład z dziedziny bliskiej temu, czym sam się zajmuję. George Boole w XIX wieku opracował swoją algebrę – matematyczny sposób opisywania logiki. Wówczas można było powiedzieć, że była to właściwie zabawa intelektualna. Nikomu nie przychodziło do głowy, że ta dziedzina matematyki stanie się podstawą technologii, która w ostatnich kilkudziesięciu latach prawdopodobnie najmocniej zmieniła naszą kulturę i gospodarkę. W XX wieku ktoś uświadomił sobie, że pewne obwody elektryczne możemy opisywać za pomocą algebry Boole’a: zero, jeden. Każdy komputer, maszyna czy telefon, który mamy w kieszeni, to w pewnym sensie zmaterializowana algebra Boole’a. Kiedy Boole ją tworzył, nikt nie był w stanie wyobrazić sobie jej komercjalizacji.

Ale chcę podkreślić jeszcze drugą rzecz, wynikającą już z mojego osobistego przekonania. Nauka służy zrozumieniu świata. To, że daje nam ogromne przewagi technologiczne, odkryliśmy z czasem. Widać to choćby po rewolucji przemysłowej.

Dlatego lekceważenie niektórych dziedzin jest niebezpieczne. Nauka buduje w społeczeństwie szacunek do wiedzy, którą można sprawdzać i krytykować. W filozofii mówi się o wartościach autotelicznych: robimy coś nie dlatego, że prowadzi do konkretnego pożytku, lecz dlatego, że sam cel uznajemy za wartościowy. W nauce takim celem jest dążenie do prawdy.

Niedawno dyskutowałem z kimś na Twitterze. Padło pytanie: czy czytaliście lektury w szkole, a jeżeli nie, to czy w jakikolwiek sposób wpłynęło to na sukces biznesu, który prowadzicie? Oczywiście znam ludzi, którzy nie skończyli szkoły średniej, a znakomicie radzą sobie w biznesie. Znam też ludzi, którzy rozwijali się naukowo, zrobili doktoraty czy habilitacje i również znakomicie radzą sobie w biznesie. Nie o to chodzi.

Gdyby nie było tego celu, jakim jest zrozumienie świata, nasza cywilizacja znajdowałaby się dzisiaj na zupełnie innym poziomie rozwoju. Widać to już w starożytnej Grecji. Grecy wiedzieli, że Ziemia jest kulista. W tamtym momencie była to po prostu wiedza o świecie. Dopiero później takie idee zaczęły mieć ogromne praktyczne konsekwencje, choćby dla podróży dalekomorskich.

Punktem wyjścia była jednak ciekawość: jedni twierdzą, że świat wygląda tak, inni inaczej – więc sprawdźmy. Które wyjaśnienie lepiej odpowiada faktom? Ta motywacja musi pozostać w nauce. Ostatecznie chodzi właśnie o poznanie prawdy.

Dr Leszek Bukowski – filozof, specjalizuje się w logice modalnej. Stopień doktora uzyskał w 2010 r. na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Pracował jako wykładowca w Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, gdzie zajmował się m.in. zagadnieniami związanymi z przetwarzaniem języka naturalnego. Od lat zawodowo związany ze sztuczną inteligencją, uczeniem maszynowym i analizą danych; pracował dla polskich i zagranicznych firm. Zajmuje się również popularyzacją wiedzy o AI i współczesnych technologiach informacyjnych.

Kategorie

Eksploruj

Ustawienia

Przejdź do treści