Wersja beta aplikacji

Prof. Agnieszka Chacińska. Fot. PAP.

Kilka tygodni po otrzymaniu jednej z najważniejszych nagród naukowych w Polsce kierowany przez prof. Agnieszkę Chacińską Międzynarodowy Instytut Mechanizmów i Maszyn Molekularnych PAN otrzymał kategorię B w ewaluacji. Zdaniem badaczki nie jest to problem jednej nowej/młodej jednostki, lecz efekt systemu, który premiuje liczbę publikacji zamiast ich jakości

Academia: Czy kategoria B była dla Pani zaskoczeniem?

Prof. Agnieszka Chacińska: Nie. Oczywiście miałam nadzieję na inny wynik, ale nie byłam zaskoczona. Polski system oceny nauki premiuje ilość, a nie jakość. Tak było za poprzednich rządów i tak jest dziś. Mówię o tym od dawna, a wynik naszego instytutu tylko potwierdził moje przekonanie.

W IMol-u od początku przyjęliśmy inną filozofię. Naszym celem są odkrycia, a drogą do tego nie jest dzielenie wyników na jak największą liczbę publikacji ani zapełnianie slotów. Chcemy prowadzić badania naprawdę ambitne, które wnoszą coś do światowej nauki. Tak dobieramy liderów grup, tak zatrudniamy naukowców i tak budujemy instytut.

Dlatego uważam, że obecny system jest antyjakościowy. Wystarczy spojrzeć na wyniki ewaluacji. Wiele uznanych instytutów, zatrudniających wybitnych naukowców, zdobywców grantów ERC i autorów znakomitych publikacji, uzyskało wyniki znacznie słabsze, niż można było oczekiwać. To nie jest przypadek ani problem pojedynczych jednostek.

Dlaczego tak jest? To kwestia kilku czynników. Choćby wykaz czasopism. Nadal funkcjonują rozwiązania mocno zdeformowane kilka lat temu. Dodatkowo na świecie gwałtownie rośnie liczba periodyków, które w praktyce bardzo upraszczają proces recenzji lub czynią go kadłubowym. Takie patologiczne zjawisko jest „żywione” przez systemy ewaluacji badań podobne do polskiego. Nie twierdzę, że wszystkie publikowane tam prace są złe, ale jeżeli znacząca część polskiego dorobku trafia właśnie do takich czasopism, trudno mówić o systemie promującym najwyższą jakość badań.

My publikujemy inaczej i od początku wiedzieliśmy, że w takim systemie będziemy na straconej pozycji. Albo prowadzi się naukę nastawioną na jakość, albo optymalizuje dorobek pod sloty. To trudno ze sobą pogodzić.

Dlaczego jedno miałoby wykluczać drugie?

Bo na ambitne prace w naukach eksperymentalnych pracuje się wiele lat. Do tego dochodzi specyfika współczesnej biologii, gdzie praktycznie nie ma publikacji jedno- czy dwuautorskich. Nad jedną pracą pracuje często kilkanaście albo kilkadziesiąt osób. 

Załóżmy, że pojawia się interesująca obserwacja. Można wykonać podstawowe eksperymenty kontrolne i stosunkowo szybko opublikować wyniki, wybierając czasopismo znane z pobieżnego sposobu recenzji. I w rok czy dwa mamy pracę. Wnosi ona niestety niewiele.

Można też potraktować tę obserwację jako początek znacznie większego projektu, poświęcić kolejne lata na sprawdzanie różnych hipotez i spróbować stworzyć pracę, która rzeczywiście zmieni sposób myślenia o danym problemie.

Ta druga droga jest znacznie trudniejsza. Proces generowania wyników to lata, a proces recenzji w najlepszych czasopismach trwa długo, recenzenci oczekują kolejnych eksperymentów, a czasem okazuje się, że początkowa hipoteza była błędna i trzeba wrócić do punktu wyjścia. Tak wygląda prawdziwa nauka.

Jeżeli jednak system rozlicza przede wszystkim liczbę publikacji, naturalną konsekwencją staje się wybieranie krótszej drogi. Zamiast jednego dużego projektu bardziej opłaca się publikować wyniki etapami. To właśnie określa się mianem salami slicing. Naukowiec zdobywa wtedy więcej punktów, ale niekoniecznie tworzy prace, które będą zauważone szerzej, cytowane i tym samym będą miały znaczenie dla rozwoju dyscypliny i szerzej.

Ma to również konsekwencje dla kariery naukowców. Reputacji naukowej nie buduje się liczbą publikacji, lecz badaniami, które inni czytają, cytują i wykorzystują. Jeżeli przez lata zachęcamy ludzi do szybkiego publikowania wszystkiego, co tylko da się opublikować, z czasem przestają podejmować naprawdę ambitne pytania badawcze. Dlatego uważam, że obecny system jest demoralizujący, i nie polepszy naszego polskiego udziału w globalnym procesie tworzenia wiedzy.

Czy dlatego Polska wciąż stosunkowo słabo radzi sobie w konkursach Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych?

Myślę, że istnieje między tym bezpośredni związek. Grantów ERC nie zdobywa się dlatego, że ktoś opublikował bardzo dużo artykułów. Otrzymują je naukowcy proponujący naprawdę przełomowe projekty i mający dorobek pokazujący, że potrafią prowadzić badania na najwyższym światowym poziomie.

Jeżeli przez lata cały system motywuje do czegoś odwrotnego, trudno oczekiwać, że nagle zaczniemy odnosić sukcesy w najbardziej prestiżowych konkursach. W Polsce od dawna brakuje pozytywnej motywacji do prowadzenia naprawdę nowatorskich badań (nie licząc NCN, o którym poniżej). Bez tego nie będzie ani większej liczby grantów ERC, ani większej liczby odkryć, które nie tylko zmieniają światową naukę, ale też są podstawą innowacji o znaczeniu społecznym i ekonomicznym.

W Polsce wciąż zbyt słabo rozumiemy, jak wygląda nauka na najwyższym poziomie. Gdyby było inaczej, inaczej formułowalibyśmy cele i znacznie częściej zdobywalibyśmy granty ERC. To bardzo dobry miernik tego, czy rzeczywiście są prowadzone ambitne badania. I przypomnijmy, że jeśli mamy aspirować do czołówki światowych gospodarek, to musimy zacząć promować ambitne badania, poszerzające wiedzę, a nie badanie przyczynkowe i produkcję papieru.

Twierdzi Pani, że obecny system szczególnie mocno uderza w młode instytuty. Dlaczego?

Bo jest skonstruowany tak, jakby wszystkie jednostki startowały z tego samego miejsca, a przecież tak nie jest. W biologii molekularnej przygotowanie naprawdę dobrej publikacji trwa średnio pięć lat, może nawet więcej. Nasz instytut istnieje trochę krócej. Naukowcy, którzy przyszli do nas dwa czy trzy lata temu, zwyczajnie nie mogli jeszcze zbudować dorobku odpowiadającego instytutom rozwijanym przez dziesięciolecia. A pamiętajmy, że ich osiągnięcia z poprzednich instytucji przestają się liczyć w naszym systemie ewaluacji instytucji.

 Zatrudniamy młodych liderów grup, często wracających z zagranicy, którzy dopiero budują własne zespoły. Cały liczący się naukowo świat to promuje a także daje bonusy rozpoznając dodatkową trudność. Tylko u nas. pomimo zapewnień i sloganów, system karze za jeden z kluczowych elementów mechanizmu dążenie do doskonałości.

W efekcie każda młoda jednostka i każda instytucja, która inwestuje w rozwój i nowych ludzi, już na starcie znajduje się w gorszej sytuacji. To właśnie antyjakościowy efekt obecnego systemu. Chcemy przecież, żeby naukowcy wracali do Polski i tworzyli tutaj nowe zespoły badawcze, a jednocześnie konstruujemy zasady, które takie instytucje osłabiają.

Nawet gdyby dziś do naszego instytutu przyszedł laureat Nagrody Nobla, przez najbliższe cztery lata również nie zdążyłby zasadniczo zmienić wyniku ewaluacji. To dobrze pokazuje absurd obecnych reguł. W ogóle naukowcy o profilu laureatów Nagrody Nobla dość słabo poradziliby sobie w naszym systemie.

Ma Pani poczucie, że wynik ewaluacji jest niesprawiedliwy?

Tak, bo znam potencjał naszego instytutu i, co o wiele ważniejsze, opinię naszej Rady Naukowej. Jestem osobą raczej krytyczną zarówno wobec własnej pracy, jak i pracy moich współpracowników. Nie mam skłonności do zachwycania się wszystkim, co robimy. Uważam jednak, że jak na tak młodą jednostkę osiągnęliśmy naprawdę bardzo dużo. Pamiętajmy, że nad naszą pracą czuwa międzynarodowa Rada Naukowa, kierowana przez laureata Nagrody Nobla, prof. Victora Ambrosa złożona ze światowej klasy naukowców. W tej chwili mają bardzo duży problem ze zrozumieniem sensu tego wszystkiego. Inteligentni ludzie, do jakich niewątpliwie należą nasi “radni”, dochodzą do wniosku, który zasadniczo stawia pod znakiem zapytania cel tej naszej ewaluacji.

Odnosimy duże sukcesy grantowe, a wskaźniki pozyskiwania grantów (czyli kryterium 2) wielokrotnie przekraczają wartości modelowe dla jednostek z kategorią B+ oraz A. To pokazuje potencjał badaczy, którzy pracują w naszym instytucie, oraz ich osiągnięcia. Problem polega na tym, że sukcesy grantowe odpowiadają tylko za niewielką część końcowej oceny. Nie są w stanie zrównoważyć systemu skonstruowanego tak, by przede wszystkim premiował liczbę publikacji. W efekcie wskaźnik dobrze pokazujący potencjał naukowy instytucji ma niewielkie znaczenie, a decyduje kryterium sprzyjające produkowaniu dużej liczby prac. Dlatego ten system nie tylko nie wspiera jakości. On ją aktywnie eliminuje.

Czy problemem jest przede wszystkim sposób oceniania nauki, czy jednak chroniczny brak pieniędzy?

Jedno i drugie. Ale nawet gdyby pieniędzy było więcej, obecny algorytm nadal działałby w niewłaściwym kierunku. Jeżeli system nagradza przede wszystkim liczbę publikacji, naukowcy będą się do niego dostosowywać. To naturalne. Problem polega na tym, że premiowane są zachowania, które nie prowadzą do powstawania lepszej nauki.

Wystarczy spojrzeć, gdzie pracują zdobywcy grantów ERC, które instytucje rzeczywiście się rozwijają, zatrudniają młodych liderów grup i budują silne zespoły badawcze. Wyniki ostatniej ewaluacji bardzo często są z tym obrazem całkowicie sprzeczne. Dla mnie najbardziej rzucającym się w oczy przykładem jest pozycja MIBMiK.

Z jednej strony pieniędzy jest zdecydowanie za mało, z drugiej sposób ich podziału premiuje niewłaściwe rzeczy, a raczej nie premiuje jakości

Rząd zapowiada większą rolę oceny eksperckiej. To dobry kierunek?

Jestem zdecydowaną zwolenniczką oceny eksperckiej, ale pod jednym warunkiem: muszą to być eksperci na poziomie międzynarodowym, i w przeważającej liczbie spoza Polski. Osoby oceniające muszą doskonale rozumieć, jak funkcjonuje współczesna nauka światowa i według jakich standardów jest oceniana.

Tymczasem mam wrażenie, że w Polsce dzieje się coś dokładnie odwrotnego. Mentalnie cofamy się do PRL-u. Nie zwiększamy finansowania NCN, utrzymujemy kompletnie pokrzywiony system ewaluacji, a jednocześnie opowiadamy o umiędzynarodowieniu i innowacyjności.  Tego po prostu nie da się pogodzić. Mamy wprost dramatyczny rozdźwięk między deklaracjami a działaniami.  

Państwo polskie powinno najpierw odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: czy naprawdę chce budować gospodarkę opartą na wiedzy i innowacjach. Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, musi inwestować w najlepszą naukę. Nie ma innej możliwości. To jest równie oczywiste jak to, że dwa plus dwa równa się cztery.

Mam wrażenie, że dziś celem nie jest wspieranie najlepszych badań, tylko usatysfakcjonowanie jak największej części środowiska. A nauka tak nie działa. Nie wszyscy prowadzą badania na tym samym poziomie. Jedni robią je lepiej, inni gorzej. Jedni są rozpoznawalni na świecie, inni nie. Obecny system udaje, że tych różnic nie ma, a przecież one istnieją. Mam nieodparte wrażenie, że jakość nauki nie jest priorytetem.

Od czego należałoby zacząć naprawę systemu?

 Od zaraz należy zdecydowanie zwiększyć budżet Narodowego Centrum Nauki. Dystrybucja grantów przez NCN pozostaje jedynym mechanizmem, który konsekwentnie wymusza jakość dzięki rzetelnej, eksperckiej ocenie projektów. To właśnie NCN odpowiada za lwią część pozytywnych zmian, jakie zaszły w polskiej nauce w ostatnich latach. Dzięki niemu wracają do Polski naukowcy pracujący wcześniej za granicą, powstają nowe zespoły badawcze i pojawiają się warunki do prowadzenia ambitnych projektów. Dlatego zwiększenie jego budżetu powinno być absolutnym priorytetem.

Drugim krokiem powinny być rzeczywiście projakościowe i punktowe programy wspierania doskonałości naukowej, oparte na międzynarodowej ocenie eksperckiej, a nie na obecnym systemie parametryzacji. Powinny wskazywać instytucje i programy, które naprawdę rozwijają się najlepiej i mają największy potencjał, niezależnie od tego, czy istnieją od trzydziestu lat, czy od pięciu.

Są już gotowe propozycje zmian. Które uważa Pani za najciekawsze?

Bardzo wysoko oceniam propozycje przygotowane najpierw przez zespół prof. Andrzeja Jajszczyka (w którym też pracowałam), a później przez zespół prof. Marka Figlerowicza. (Komentarz: Oba zespoły były powołane przez Prezesa PAN, prof. M. Konarzewskiego – choć zakres ich działania się różnił). Filozofia obu tych rozwiązań jest podobna. Punktem wyjścia jest jakość badań oceniana przez ekspertów, a nie mechaniczne zliczanie punktów.

Taki system powinien być oczywiście powiązany z mocnym finansowaniem NCN. Te elementy wzajemnie się uzupełniają. Z jednej strony potrzebujemy konkurencyjnych grantów ocenianych przez międzynarodowych recenzentów, z drugiej – sposobu finansowania instytucji, który rzeczywiście nagradza jakość.

Mówimy przy tym o finansowaniu badań naukowych, a nie dydaktyki. Uniwersytety mają także obowiązki związane z kształceniem studentów i to jest osobna kwestia. Nie widzę nic złego w tym, żeby te dwa obszary były oceniane według różnych zasad. Zresztą świat idzie właśnie w tym kierunku. Nie każda uczelnia musi być uczelnią badawczą i nie każda instytucja musi realizować tę samą misję.

Co kategoria B oznacza dziś dla IMol-u?

Będziemy się od tej decyzji odwoływać, ponieważ uważamy, że przynajmniej w jednym z ocenianych obszarów mamy mocne argumenty. Zmniejszenie naszego budżetu czy choćby pozostawienie go na obecnym poziomie, to będzie katastrofa. Nasz budżet jest obecnie bardzo mały i został ustalony historycznie, na podstawie niejasnych dla mnie przesłanek.

Nasza sytuacja jest szczególnie trudna, bo wszystko, włączając w to naszą siedzibę, musieliśmy zorganizować i sfinansować sami, w oparciu o konkursowe finansowania grantowe i co najważniejsze bez dodatkowych funduszy czy innych zasobów, które przecież na całym świecie planuje się przy ustanowieniu nowego instytutu.

Jeżeli taka będzie decyzja rządzących i system ewaluacji nie zmieni się, a NCN będzie dalej głodzone, to oczywiście, nauka polska będzie dalej próbować funkcjonować w takich warunkach. Nie będzie jednak wzrastać ani nasza innowacyjność jako podstawa wzrostu gospodarczego, ani też nasz udział w dystrybucji pieniędzy unijnych na naukę, badanie i rozwój. Proces rozjazdu ze światowymi standardami jakości będzie dalej postępował. I w końcu obudzimy się w kraju, w którym naprawdę nikt nie będzie już chciał robić nauki. Wtedy będzie już za późno, żeby zastanawiać się, dlaczego przegrywamy z resztą świata.

Prof. Agnieszka Chacińska – biolożka molekularna specjalizująca się w badaniach nad mitochondriami oraz mechanizmami kontrolującymi jakość białek w komórce. Kieruje Międzynarodowym Instytutem Mechanizmów i Maszyn Molekularnych PAN (IMol), utworzonym w 2021 r. jako instytut prowadzący badania w obszarze nauk biomedycznych. Wcześniej przez wiele lat była związana z Międzynarodowym Instytutem Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie, gdzie kierowała laboratorium badawczym. Jest laureatką licznych krajowych i międzynarodowych wyróżnień za osiągnięcia naukowe, w tym tegorocznej Nagrody Polskiej Akademii Nauk. W swojej pracy łączy działalność naukową z budowaniem w Polsce międzynarodowego środowiska badań biomedycznych.

Nawet gdyby dziś do naszego instytutu przyszedł laureat Nagrody Nobla, przez najbliższe cztery lata również nie zdążyłby zasadniczo zmienić wyniku ewaluacji. To dobrze pokazuje absurd obecnych reguł. W ogóle naukowcy o profilu laureatów Nagrody Nobla dość słabo poradziliby sobie w naszym systemie.

Kategorie

Eksploruj

Ustawienia

Przejdź do treści