Wersja beta aplikacji

Katarzyna Bąkowicz

Bezpieczeństwo informacyjne państwa nie zależy wyłącznie od cyberbezpieczeństwa, wojska czy technologii. Zdaniem prof. Katarzyny Bąkowicz z Uniwersytetu SWPS równie istotne są dobrze finansowana nauka, edukacja i zdolność społeczeństwa do krytycznego myślenia. Problem zaczyna się, gdy od naukowców oczekujemy przede wszystkim produkowania kolejnych publikacji, zdobywania punktów i pieniędzy na badania – zamiast dać im czas na myślenie i prowadzenie dobrej nauki

Academia: Gdy mówimy o wydatkach na naukę, zwykle pojawiają się argumenty o innowacyjności, gospodarce czy prestiżu uczelni. Czy finansowanie nauki jest również elementem bezpieczeństwa informacyjnego państwa?

Katarzyna Bąkowicz: Tak, ale najpierw musimy szerzej rozumieć samo bezpieczeństwo informacyjne. Kiedyś kojarzyło się ono przede wszystkim z ochroną określonych zasobów informacji. Dzisiaj państwo musi patrzeć na cały ekosystem: tworzenie informacji, jej dystrybucję, odbiór i zakłócenia pojawiające się po drodze. I musi uwzględniać właściwie wszystkie grupy społeczne i obszary życia.

Ta zmiana nie wzięła się znikąd. Dezinformacja dawno wyszła poza wojsko i kwestie, które tradycyjnie uznawaliśmy za strategiczne. Dotyczy zdrowia, gospodarki, klimatu, polityki, codziennego życia. Jeżeli więc chronimy tylko pewne wybrane elementy systemu, uznając, że pozostałe nas nie dotyczą, tworzymy poważną lukę.

Jeśli natomiast bezpieczeństwem informacyjnym chcemy objąć całe społeczeństwo, to będzie to wymagało większych nakładów.

Można więc powiedzieć wprost: społeczeństwo, które więcej inwestuje w naukę, jest mniej podatne na dezinformację?

Trzeba tylko jeszcze zapytać, co rozumiemy przez naukę. Wraz z przyspieszeniem rozwoju technologicznego pojawiło się bardzo silne przekonanie, że nauka musi być użyteczna, przynosić mierzalne rezultaty, najlepiej nadawać się do wdrożenia. To zmieniło priorytety. Zaczęliśmy mocniej dostrzegać te dziedziny, których efekty łatwo pokazać: matematykę, informatykę, medycynę czy biologię. To oczywiście są niezwykle ważne obszary. Wszyscy chcemy nowych terapii czy nowych technologii. Jednocześnie zaczęły tracić nauki humanistyczne i społeczne. Pojawiło się myślenie, że są trochę kwiatkiem do kożucha: humaniści nie budują przecież dróg ani mostów, więc właściwie po co nam oni? Filozof zaczął wręcz funkcjonować jako symbol zawodu społecznie zbędnego.

Tymczasem doszliśmy do momentu, w którym bez nauk społecznych nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie, jak człowiek odnajduje się wobec zmian technologicznych i co zrobić, żeby technologia mu służyła, zamiast działać destrukcyjnie. Nauki humanistyczne pomagają wyznaczać granice tych zmian. Widzimy to choćby w dyskusji o sztucznej inteligencji i granicach ingerencji w prywatność.

Niedoinwestowanie tych dziedzin, ale również ich lekceważenie – przez władzę, biznes, społeczeństwo, a czasem także przez samo środowisko naukowe – doprowadziło do nierównowagi. Mówimy, że informatyk jest ważniejszy od filozofa. A dopóki nie zrozumiemy, że dla sprawnego funkcjonowania całego systemu filozof jest równie potrzebny, jak informatyk, problemy współczesnego świata będą się pogłębiać.

Dezinformacja może nie tylko atakować naukę. Sama nauka może produkować badania słabej jakości albo wprowadzające odbiorców w błąd. Jak wpływają na to warunki pracy naukowców?

Bezpośrednio. Wpadliśmy po uszy w przekonanie, że wszystko da się policzyć. Od naukowców zaczęto wymagać czegoś przypominającego biznesowe wskaźniki efektywności. W nauce nazywamy je punktami: trzeba zdobyć określoną ich liczbę i zrealizować określone cele, żeby móc dalej wykonywać ten zawód. Tymczasem zwłaszcza w humanistyce i naukach społecznych pewnych rezultatów nie da się wypracować szybko. Potrzeba czasu. Tymczasem presja czasu cały czas rośnie. Naukowiec nie ma już zajmować się myśleniem, tylko pracowaniem – tak, jakby myślenie nie było pracą. Ma produkować teksty tak, jak zakład przemysłowy produkuje gwoździe.

Tyle że produkcję gwoździ można zorganizować tak, żeby zwiększyć jej wydajność. Nie da się w ten sam sposób zwiększać wydajności ludzkiego mózgu w analizie czy twórczości. To proces intelektualny, który wymaga czasu, zaangażowania i ogromnego przygotowania. Jeżeli wszystko zaczynamy dociskać terminami i wskaźnikami, prędzej czy później odbija się to na jakości.

Do tego akademikom narzuca się mnóstwo obowiązków, które nie są prowadzeniem badań: administrację, rozliczenia, komunikację, przygotowywanie skomplikowanych wniosków o granty. A przecież świetny naukowiec i doskonały analityk nie musi być jednocześnie świetny w wypełnianiu formularzy. Nie każdy musi też być dobrym popularyzatorem. Tymczasem system często wymaga od wszystkich tego samego.

Do tego dochodzi finansowanie. Dla mnie poważnym pytaniem jest, dlaczego naukowiec ma samodzielnie szukać pieniędzy na swoje badania. Zdobywanie finansowania to zupełnie inna praca niż przygotowanie metodologii, prowadzenie badań i analiza wyników. Nie widzę powodu, dla którego wszystkie te zadania miałyby spoczywać na jednej osobie.

Potrzebujemy systemu, w którym naukowcy mogą przede wszystkim uprawiać naukę, zamiast zajmować się szukaniem pieniędzy i pracą administracyjną. Dochodzi jeszcze wysokość wynagrodzeń. Są one bardzo niskie w porównaniu z tym, ile na rynku kosztują wiedza i umiejętności, którymi dysponują naukowcy. Dlatego wiele osób pracuje w więcej niż jednym miejscu. Doba nadal ma jednak 24 godziny. Nawet jeśli ktoś pracuje znacznie więcej niż osiem godzin dziennie, co w nauce jest raczej normą niż wyjątkiem, coś na tym musi stracić. Gdyby naukowcy byli na tyle dobrze finansowani, żeby mogli pracować w jednym miejscu i rzeczywiście zajmować się nauką, znacznie łatwiej byłoby przesunąć cały system w stronę jakości.

Nawet najlepsze badania niewiele jednak dadzą społeczeństwu, jeśli nikt poza naukowcami ich nie pozna albo nie zrozumie. Czy komunikacja nauki nie powinna więc być częścią tego systemu?

Oczywiście. I tu pojawia się kolejny problem: środowisko naukowe nie zawsze chce zaakceptować nawet niewielkie zmiany w sposobie komunikowania. Jeżeli naukowiec napisze tekst w sposób bardziej przystępny, choć nadal zachowujący wysoką wartość naukową, bardzo łatwo może usłyszeć zarzut, że uprawia publicystykę. Wciąż funkcjonuje przekonanie, że tekst pisze się dla pięciu kolegów z katedry, a nie dla ludzi.

Ja chcę pisać rzeczy, które ludzie będą rozumieli. Nie jestem zwolenniczką skrajnego upraszczania języka, bo pewnych zjawisk nie da się wyjaśnić bez odpowiedniej siatki pojęciowej. Ale naprawdę nie zawsze trzeba szafować „paradygmatami” i „heurystykami”. Bardzo często za takimi językowymi popisami nie idzie dodatkowa wartość merytoryczna.

Tyle że w takich dziedzinach jak klimat, medycyna, nauki społeczne czy sztuczna inteligencja naukowcy nie działają już w próżni. Są też podmioty, które mają pieniądze, doświadczenie i potrafią wykorzystywać spory naukowe do celów politycznych. Czy z takim przeciwnikiem można wygrać, podając po prostu fakty?

I tu dochodzimy do sedna problemu. Dezinformacja polega między innymi na budowaniu przekazu emocjonalnego, który ma ludzi do czegoś przekonać. Z takim przekazem suche fakty podane na chłodno bardzo często przegrywają.

Dlatego wracamy do umiejętności komunikacyjnych naukowców. Jednostki naukowe powinny mieć ludzi, którzy oprócz prowadzenia badań potrafią też o nich mówić, chcą to robić i robią to dobrze. Nie każdy naukowiec musi występować w telewizji. Ktoś, kto najlepiej czuje się w zaciszu laboratorium, powinien mieć możliwość właśnie tam pracować.

Ale nauka jako środowisko musi umieć budować własną, opartą na faktach opowieść. Trzeba pamiętać, że mówimy do ludzi spoza naszego środowiska, którzy nie operują naszym aparatem pojęciowym. Fakty naukowe da się przedstawić w sposób interesujący i spójny.

Jest jednak jeszcze jeden problem: finansowanie badań przez biznes. Kiedy nauka staje się zależna od podmiotów mających własne interesy, pojawia się ryzyko bardzo poważnych konfliktów. Mieliśmy przecież przypadki, w których interes gospodarczy wpływał na to, jaki przekaz przedstawiano jako naukowy. Głośnym przykładem była Sugar Association i badania dotyczące wpływu cukru na zdrowie. To pokazuje, że autorytet nauki także może zostać wykorzystany do budowania określonej narracji.

Gdyby naukowcy mogli rzeczywiście tylko tym się zajmować, znacznie łatwiej byłoby bronić jakości i niezależności badań.

Co w takim razie powinno wydarzyć się między sfinansowaniem badania a odbiorcą, żeby pieniądze wydane na naukę rzeczywiście zwiększały odporność społeczeństwa na manipulację?

Warto tu rozróżnić zwykłą odporność od tego, co często określamy słowem rezyliencja. Najprościej pokazać to na przykładzie wirusa. Odporność oznacza, że gdy wirus mnie atakuje, organizm potrafi go zwalczyć. Rezyliencja oznacza, że organizm jest na tyle silny, iż zagrożeniu trudno w ogóle się w nim zakorzenić.

Podobnie jest z dezinformacją. Kiedy byłam w Finlandii i rozmawiałam z tamtejszymi naukowcami oraz ludźmi z mediów, pytałam, jak to możliwe, że przy takiej bliskości Rosji społeczeństwo zachowuje dużą odporność na rosyjską dezinformację, a media utrzymują bardzo wysokie zaufanie. Usłyszałam odpowiedź: „Bo my, Finowie, mamy swój rozum”. To bardzo dobrze oddaje, o czym mówimy. Społeczeństwo musi mieć tak ukształtowaną tożsamość, wiedzę, wartości i zdolność krytycznej oceny informacji, żeby dezinformacja nie trafiała na podatny grunt.

Paradoksalnie, kiedy za granicą trwa wojna i rozmawiamy o rosyjskich operacjach informacyjnych, jedną z odpowiedzi może być nauka filozofii. Bo czego uczy filozofia? Logicznego myślenia i krytycznej analizy treści. Głęboka odporność nie powstanie wtedy, kiedy będziemy tylko sprawniej rozpoznawać fałszywe informacje w internecie. Powstanie wtedy, kiedy człowiek będzie potrafił krytycznie podejść do każdej treści, którą otrzymuje, rozumiał własne emocje i zauważał moment, w którym ktoś próbuje nim manipulować.

Cyberzabezpieczenia czy narzędzia służące wykrywaniu fałszywych treści są potrzebne. Ale jeśli chcemy budować odporność również na bardzo dobrze przygotowaną rosyjską dezinformację, musimy zejść znacznie głębiej. Do podstaw.

Katarzyna Bąkowicz

Dr hab., prof. Uniwersytetu SWPS, komunikolożka i medioznawczyni związana z Instytutem Nauk Społecznych oraz Katedrą Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu SWPS. Zajmuje się naukowo dezinformacją, w tym jej funkcjonowaniem w biznesie oraz społecznymi skutkami manipulacji medialnej. Współtworzyła Central European Digital Media Observatory. Jest asesorką European Fact-Checking Standards Network, członkinią zarządu Rady Reklamy oraz ekspertką ONZ. Autorka książek „Fake news. Produkt medialny czasów postprawdy” i „Dezinformacja – instrukcja obsługi”.

Kategorie

Eksploruj

Ustawienia

Przejdź do treści